Nowe zagrożenia na weterynaryjnym rynku pracy – cz. 1 – postępująca feminizacja

Nowe zagrożenia na weterynaryjnym rynku pracy – cz. 1 – postępująca feminizacja

W tym momencie ok. 90% absolwentów studiów weterynaryjnych to kobiety. Ma to bardzo silny wpływ na kształtowanie się rynku pracy i dużą rotację, a także kurczenie się puli absolwentów możliwych do zatrudnienia przez coraz rozpaczliwiej poszukujące pracownika placówki.

Kobiety szturmują rynek

Ze względu na silny rozwój medycyny małych zwierząt, a także fakt, że w polskich domach jest coraz więcej psów i kotów, na studia weterynaryjne idzie coraz więcej kobiet. Kobiety w Polsce częściej od mężczyzn kończą uczelnie wyższe, zaś studia weterynaryjne wybierają często ze względu na poczucie misji i chęci niesienia pomocy, co stanowi niejako przedłużenie instynktu macierzyńskiego. Intensywny rozwój rynku medycyny małych zwierząt, a także egzotycznych stworzył zupełnie nowe, lżejsze fizycznie od pracy z dużymi zwierzętami specjalizacje, które chętnie przejmowane są przez kobiety. Praca ze zwierzętami, to też praca z ludźmi, zaś w komunikacji kobiety zdecydowanie lepiej radzą sobie od mężczyzn, cechując się wysokim poziomem empatii, ciepła, umiejętności okazywania współczucia i wsparcia, a także bardziej rozwiniętymi umiejętnościami językowymi. Kobiety są wprost stworzone do pracy w medycynie małych zwierząt. Jednak tak silna feminizacja rynku nie zostaje bez echa dla struktury i formy zatrudnienia, a także sytuacji samych kobiet w miejscu pracy.

Luka kompetencyjna

Według badań, kobieta nie zaaplikuje na ofertę pracy, jeśli nie czuje, że spełnia 100% wymagań. Dla porównania, mężczyzna zrobi to, myśląc, że spełnia tylko 60. Dla przykładu podam tegorocznego absolwenta, który zgłosił się na wystawione przez nas ogłoszenie, w którym oczekiwaliśmy 2-letniego doświadczenia zawodowego. Ogłoszenie było w kwietniu, pan doktor otrzymał dyplom w marcu, natomiast przez studia uczęszczał na praktyki przez dwa lata, więc w jego przekonaniu, było to najwidoczniej równoznaczne z 2 latami praktyki klinicznej! Należy mocno podkreślać, że właśnie m.in. z tego powodu – czyli złego funkcjonowania kobiet z luką kompetencyjną – jest niewielki odzew na ogłoszenia o pracę, szczególnie, jeśli wymagania są wysokie. Kobiety po prostu nie będą aplikowały, jeśli w swoim przekonaniu (często przy zaniżaniu swoich kompetencji wynikającym np. niskiego poczucia własnej wartości, z którym boryka się wiele naszych koleżanek, czy też perfekcjonistycznej osobowości) nie spełniają wszystkich wymagań. Niespełnienie przynajmniej jednego punktu sprawi, że nie wyślą zgłoszenia (również z lęku przed potencjalnym odrzuceniem).

Jest naukowo dowiedzione, że kobiety znacznie gorzej od mężczyzn funkcjonują z tzw. “luką kompetencyjną”, czyli nie będąc w pełni przygotowaną na wykonywanie czynności lekarsko-weterynaryjnych. Szczególnie tyczy się to chirurgii i zabiegów inwazyjnych – aby kobieta wykonała zabieg, musi najpierw opanować go pod okiem mentora, aby poczuć się pewnie na tyle, by móc wykonać go całkiem sama. Mężczyźni po prostu przystąpią do zabiegu i w trakcie zaczną kombinować, co dalej. To było właśnie przez lata podejście naszych ojców – zaglądali do książek i wykonywali na ich podstawie zabiegi, wiedząc, że zwierzę może nie przeżyć i mniej się przy tym przejmując konsekwencjami, mając naturalnie niższy poziom empatii. Ze względu właśnie na inny model nabywania nowych umiejętności, oraz często patriarchalne i seksistowskie przekonania, np. zakładanie że kobiety są słabe fizycznie i zbyt “emocjonalne”, na salach chirurgicznych wciąż w większości widzimy mężczyzn. A również i kobiety mogą być wspaniałymi chirurgami, po prostu potrzebują na początku więcej uwagi, z której często są w stanie skorzystać znacznie więcej, niż ich koledzy w podobnym wieku. Tych ostatnich niestety na dość wczesnym etapie czasami dopada brawura i przecenianie swoich umiejętności, które może się dla pacjenta skończyć tragicznie.

Innym długofalowym skutkiem niedopuszczania kobiet do stołów, bądź w niektórych przypadkach zupełnie nikogo skutkuje starzeniem się chirurgów, w szczególności ortopedów, którzy pozostają dla swoich zakładów niezastąpieni, zaś kolejki do nich są bardzo długie. Natomiast brak dojrzałych emocjonalnie i odpowiedzialnych kandydatów płci męskiej (o pokoleniu narcyzów opowiemy w kolejnym artykule) sprawia, że często nie ma komu przekazywać wiedzy i wychowywać sobie następcy. Inną kwestią jest brak zaufania, niechęć do dzielenia się wiedzą, kompleks ego i inne zaburzenia np. paranoidalny lub psychopatyczny rys osobowości. Natomiast podkreślam, nie u wszystkich panów, oraz, że także nie to jest głównym tematem mojego tekstu. Należy jednak alarmować o długoterminowych skutkach prowadzonej od dziesięcioleci folwarcznej polityki chirurgicznej – pana i jego chłopa asystenta, który latami asystuje i już się tak wyasystował, że w asyście osiągnął poziom iście ekspercki, natomiast nadal samodzielnie nie wykonał jeszcze skrętu żołądka czy cesarki. Panie raczej pełnią role anestezjologów, nierzadko z braku szansy na rozwój w chirurgii. Wracając natomiast do złożoności procesu uczenia się – wrzucanie młodych lekarzy na głęboką wodę od razu przy jednocześnie bardzo wysokich oczekiwaniach (zapominając, że samemu też kiedyś było się żółtodziobem), bez nadzoru jest czymś, co w krótkim czasie może doprowadzić do ich wypalenia zawodowego, gdyż w strachu przed zapytaniem o radę, będą bać się również robić trudniejsze rzeczy i lęk je przezwycięży. Stąd też wsparcie starszego mentora jest niezbędne nie tylko na początkowym, ale każdym etapie kariery i jeśli nie jest zapewnione, sprawi, że taka osoba od nas szybko odejdzie.

Żłobek zamykają o 16

Kobiety natura zaprogramowała po to, aby na świat wydawały dzieci i naturalnym jest, że już od studiów (przynajmniej część z nich) chce je rodzić. Temat ciąży i macierzyństwa jest bardzo drażliwy w naszej branży, z wielu różnych powodów:

  1. W całkowicie sfeminizowanym, małym zespole trzech lekarek, ciąża i macierzyństwo jednej pracownicy może skutecznie położyć funkcjonowanie lecznicy, a historia zna przypadki, gdzie w jednym tygodniu dwie pracownice kładły szefowi zwolnienie lekarskie z powodu ciąży. W takim przypadku mikroprzedsiębiorstwo jest zagrożone bankructwem w bardzo krótkim czasie.
  2. Ciąża w pełni sfeminizowanym zespole może budzić różne reakcje – od radości, akceptacji, chęci wsparcia (np. u innych młodych matek lub ciężarnych), wyrozumiałości (u innych matek), zawiści (u kobiet starających się bezskutecznie o dziecko, lub niemogących ich mieć), rozczarowania (bo na miejsce pracownicy trzeba szukać kogoś na zastępstwo) itp.
  3. Weterynaria to branża usługowa, zatem prime time placówki to 16-20, zaś wiele miejsc otwartych jest do 21, a nawet 23 (sic!), nie wspominając już o placówkach całodobowych. To godziny, w których żłobek, świetlica i szkoła są już zamknięte. To często jedyny czas, kiedy matka może widzieć swoje dziecko w ciągu dnia, albo zwieźć starsze na zajęcia dodatkowe. Długie godziny otwarcia, pojawianie się klientów na ostatnią chwilę i przedłużanie dyżuru sprawiają, że coraz trudniejsze staje się pogodzenie obowiązków rodzinnych i odebranie dzieci na czas. W tym momencie o drugie małżeństwo kończy się rozwodem, z czego prawie 60% posiada dzieci. Wg statystyk w miażdżącym procencie dzieci zostają przy matce, stąd też wiele samotnie wychowujących kobiet lekarek weterynarii ma bardzo duże problemy z pogodzeniem pracy zawodowej z opieką nad dziećmi.
  4. Ciąża jest stanem szczególnym i trudnym nie tylko dla kobiety, ale i dla pozostałej części zespołu. Długo utrzymujące się poranne mdłości są dla kobiety bardzo obciążające i sprawiają, że będzie niedyspozycyjna podczas porannych dyżurów. Z moich rozmów z ciężarnymi koleżankami po fachu wynika, że trudniej jest im się skupić (“ciążowy hipokamp wielkości fistaszka”), są bardziej roztrzepane, zdekoncentrowane, wolniej analizują fakty, są często przemęczone i senne itp. itd. Nietrudno sobie wyobrazić jak negatywnie wpływa to na ich efektywność i postrzeganie przez resztę zespołu. Na koniec praca w dużym brzuchem w trzecim trymestrze jest bardzo obciążająca dla kręgosłupa i może sprawiać ból. Kobieta w ciąży nie może też wykonywać zdjęć RTG, podawać niektórych leków, dźwigać, długo stać przy stole, częściej odmawia wykonania jakiś czynności w obawie o zdrowie swoje i dziecka. Nie każdy ma pokłady cierpliwości i wyrozumiałości dla pracownicy, której efektywność spada i/lub jest roztrzęsiona i niezorganizowana.
  5. Wiele lekarek pracuje do ostatniego momentu, często operując jeszcze na dzień przed rozwiązaniem. Forma zatrudnienia B2B sprawia, że jeśli nie pracujemy, nie zarabiamy. Bardzo niski zasiłek macierzyński i brak urlopu macierzyńskiego sprawia, że kobiety często tuż po zakończeniu połogu wracają do pracy. W dramatycznej sytuacji są kobiety w ciążach zagrożonych, które często już od wczesnego etapu są zmuszone ograniczyć ruch, a nawet położyć się w szpitalu.
  6. Z badań wynika, że w przypadku choroby dziecka, to w większości kobiety, a nie mężczyźni biorą dzień wolny w pracy aby się nim zaopiekować. A że małe dzieci często chorują bez przerwy, pracownica z małym dzieckiem dla pracodawcy oznacza wiele dni wolnych i straty finansowe.
  7. Historia zna przypadki zajścia w ciążę (nieważne czy planowanego, czy nieplanowanego), krótko po zatrudnieniu w nowym miejscu pracy, co skutecznie dezorganizuje wdrożenie tej osoby i budowę strategii marki. Taka sytuacja wpływa też negatywnie na morale zespołu, gdyż zachodzi konieczność natychmiastowego szukania innej osoby na zastępstwo. Właściciela placówki zaś zostawia z dużą stratą finansową wynikłą z czasu, poświęconego na wdrożenie i znalezienie kolejnego pracownika. Należy zrozumieć też i jego stronę jako przedsiębiorcy, gdyż pojawia się element obawy o powodzenie swojego interesu, gdyż sytuacja może się w przyszłości powtórzyć z kolejną pracownicą.
  8. Powodów można podawać więcej, natomiast u podstawy wszystkich leży brak odpowiedniej infrastruktury do opieki nad dziećmi i wysoki koszt zatrudnienia opiekunek, nadal silnego patriarchalnego modelu wychowania dzieci przez Polaków, znikomej polityki rodzinnej, a także form zatrudnienia w weterynarii, która jest branżą mikrofirm, gdzie nieobecność jednego pracownika przez tak długi okres czasu jest dużym nadwyrężeniem dla firmowego budżetu. A już tym bardziej kilku pracownic w krótkim odstępie czasu. Słowem – strzeliłyśmy sobie w kolano tą całą emancypacją i prawami do głosowania, bo do wychowywania dzieci doszedł jeszcze etat, a czasem półtora (te ostatnie słowa piszę z przymrużeniem oka).

Kobieta kobiecie wilkiem

Niestety w wielu polskich zespołach weterynaryjnych, skrajnie zdominowanych przez kobiety pojawia się silny element rywalizacji i wzajemnej niechęci. Nadal panuje u nas w wielu miejscach niska kultura pracy, zaś folwarczne zachowania przynoszone z poprzednich miejsc pracy pokutują później w pracy zespołowej w nowym miejscu. Zjawiska takie jak plotka, obmawianie za plecami, wykluczanie, poniżanie, bierna agresja słowna, konkurowanie o względy szefostwa, faworyzowanie itp. nie są niczym nowym. Kobiety potrafią zazdrościć sobie nawzajem absolutnie wszystkiego – od pozycji, doświadczenia, wiedzy, po wygląd, partnera, sytuację życiową, dziecko itp. Bez zaufania i wzajemnego szacunku niemożliwe jest budowanie jakiejkolwiek relacji, nie tylko biznesowej w pracy, ale także prywatnej. Trudnością dla pracodawcy jest znalezienie osób dojrzałych emocjonalnie, szczególnie wśród młodszych pracowników, z których część przejawia postawy narcystyczne. Absolutnym hitem, który niedawno odkryłam jest konferencja w USA “Uncharted Vet” pt. “Staff Drama”, która w całości poświęcona jest właśnie różnym trudnym zachowaniom pracowników, które nie są też niczym nowym za oceanem, a także ustalaniem kultury pracy i określaniem obowiązków poszczególnych stanowisk itp. Natomiast przedsiębiorczy Amerykanie wcześnie zrozumieli, że tracą w swoich klinikach zbyt dużo pieniędzy przez pracowników, którzy mimo dobrych kompetencji twardych, przez brak kultury osobistej, kompetencji miękkich i etyki zawodowej drążą im firmy psując morale i kładąc wyniki placówki. Tutaj fragmenty e-maili, które dostałam wraz z reklamą wydarzenia (tłumaczenie własne):

1. Konflikt z czasem, pozostawiony bez kontroli, nabiera efektu kuli śniegowej. Narastanie frustracji i codzienne wybuchy temperamentu mogą sprawić, że nawet najmniejsze problemy w Twojej praktyce będą dla Ciebie i Twojego zespołu nie do zniesienia. Stają się stałym bólem głowy, który pozbawia Cię radości z pracy.

2. Hej Natalia,
Czy w swojej praktyce masz ludzi, którzy tylko odbijają kartę? Znasz tych, którzy po prostu pojawiają się, odbijają zegar i wychodzą punkt piąta? Gdybyś ich tam nie widziała, nie miałabyś innego sposobu, by wiedzieć, że w ogóle są w pracy. Są niezaangażowani, pozbawieni inspiracji i mogą mieć poważny wpływ na Twoją lecznicę. Co możesz zrobić, aby zaangażować i zmotywować tych pracowników, aby zaangażowali się w pracę (i przestać doprowadzać Cię do szaleństwa)?

3. Tematy pracownicze, które mogą się pojawić, obejmują:
 – Rozwiązywanie konfliktu w zespole
 – Tworzenie najwyższej kultury pracy (obiecuję Live w tym temacie ;))
 – Tworzenie i wdrażanie opisów stanowisk pracy i skal wynagrodzeń
 – Budowanie ścieżek rozwoju kariery dla personelu pomocniczego
 – Rekrutacja i utrzymanie najlepszego zespołu
 – Kończenie zachowań problemowych, takich jak plotki, opieszałość, podział zespołu i zastraszanie (och tak, proszę! przyp. tłum.)
 – Opanowanie planowania grafiku dla personelu szczęścia i dobra ogółu

Czyż to nie jest piękne? Jeśli chcielibyście brać udział w takich szkoleniach – piszcie do nas śmiało, chętnie pomożemy!

Jeszcze trochę wody w Wiśle upłynie, zanim więcej polskich pracodawców zrozumie, że potrzebują tego typu szkoleń. Ważne jest też to, że wina nie tylko jest po stronie samych pracowników, ale też często po stronie szefów. Natomiast jestem dobrej myśli i dalej działania Vetnolimits skupiać się będą na edukacji branży, bo przy wyjściu ze stanu oporu i podjęciu chęci zmiany czegoś na lepsze mamy spore szanse na początek nowego porządku. O ile wszyscy najlepsi pracownicy mówiący po angielsku nie wyjadą do tego czasu za granicę 😉

Dzieciate kontra niedzieciate

“Ciąża to nie choroba”, “Trzeba było się zabezpieczyć albo pomyśleć zawczasu”, “Ciąża nie będzie mieć specjalnego traktowania”, “Macierzyństwo jest wyborem, nie obowiązkiem” vs. “To ja w domu ciężko pracuję na drugi etat, a dziewczyny wracają do domu pić winko”, “Jestem matką, nie będę brać więcej wieczorów, nie tak się umawialiśmy” – to wszystko argumenty, które zdarzało mi się słyszeć osobiście. Pokazują jak wrogie i niechętne potrafią mieć do siebie nastawienie kobiety. “Szkoda, że “zaciążyła”, taka fajna pracownica a teraz, to nie wiadomo, czy wróci.” Niestety często też matki dyskryminują kobiety bezdzietne, traktują je jakby trochę z politowaniem i z przekonaniem, że te mają przecież więcej czasu wolnego i mogą brać niewygodne zmiany w święta i wieczorami. I oczywiście mężczyźni też są nielepsi…”Nie obraź się, ale w roli chirurga to bym jednak widział faceta.” To jest seksizm i będę to nazywać po imieniu. A seksizm, jak powiedział na jednym z wykładów mój mentor Jacek Santorski, trzeba wycinać krótko u podstawy. Nie możemy pozwalać na taką dyskryminację, bo przez lata takiego patriarchalnego gadania mamy co mamy – mężczyzn chirurgów, z których wielu nawet nie może znaleźć odpowiedniego następcy. “Na wielu facetach nie można polegać, część imprezuje, pije i bierze narkotyki”, lub “są tak pewni siebie, że strach ich zostawić samych” – true stories z moich rozmów! No tak się składa, że natura tak sobie też to wszystko wymyśliła, że to my rodzimy. Statystyki dobitnie pokazują, że to kobiety mimo swojej pracy na etat przejmują większość obowiązków domowych – na własne życzenie, lub nie, często z syndromem matki Polki, który nie pozwala się wykazać innym. Wiele dziewczyn rezygnuje z rodziny na rzecz kariery i nigdy albo bardzo późno zostaje matkami. Wiele kobiet przez charakter pracy nigdy nie decyduje się na drugie dziecko. Podczas gdy inne siedzą w domu z dziećmi, pozostałe zdobywają cenne doświadczenie i szansę na lepsze zarobki. Wiele nie ma do czego wracać po odchowaniu dziecka, skutecznie uniemożliwiają to też długie godziny pracy i trudność w pracy w mniejszym wymiarze godzin, idealnie w godzinach porannych. Dramatyczna sytuacja ma miejsce w Wielkiej Brytanii, gdzie po często 10-15 latach nauki, kobiety finalnie zdają egzaminy dyplomowe i dobijając do drugiej połowy trzeciej dekady życia, umęczone długimi godzinami pracy, katorżniczymi warunkami i absurdalnie niskimi pensjami na stażach i rezydenturze w końcu postanawiają zajść w ciążę i… nie wracają do pracy z macierzyńskiego. I nie ma komu robić w referralach. Z danych dostarczonych przez Royal College of Veterinary Surgeons wynika, że średni czas trwania kariery weterynaryjnej to tylko 10-12 lat! Niestety nie mamy takich danych z Polski, natomiast wszystko wskazuje na to, że trend jest podobny. Błędne koło się zamyka, a zamyka je paradygmat myślowy i niechęć do zmienienia systemu na lepsze – na bardziej harmonijny proces nabywania umiejętności, lepsze warunki płacowe i szansę na work-life balance podczas procesu nauki. Dziecko nie powinno stawać na przeszkodzie na tej drodze do specjalizacji i lepszych zarobków, a dla kobiet w weterynarii właśnie nią jest.

Quo vadis, veterinaria?

Wiele kobiet, szczególnie tych z mniejszym stażem, wypala się zawodowo, lub po urodzeniu dziecka nie wraca do pracy w zawodzie lekarza weterynarii. Wielu lekarzy, mimo braku umiejętności i wiedzy, otwiera (zbyt wcześnie) swoje gabinety, woląc ciułać na swoim, niewiele jeszcze umiejąc, ale mając dowolność będąc u siebie. Przynajmniej nie muszą wysłuchiwać szefa tyrana, lub musieć pracować jako najmłodszy członek zespołu w weekendy i święta, często bez superwizji, za pensję rzędu 2000 zł.

Aby móc zatrudniać – musimy mieć w kim wybierać. Wiele młodych lekarek wypala się zawodowo już do dwóch lat po studiach i znika z rynku pracy. Część kobiet nie wraca do pracy klinicznej po urodzeniu dzieci, gdyż brak możliwości elastycznej pracy oraz zapewnienia opieki dla dzieci, a także niskie zarobki uniemożliwiają im pogodzenie życia rodzinnego z pracą. Wiele dobrych lekarzy wyemigrowało, zaś spora część w ciągu 5-7 lat od rozpoczęcia pracy, zmieni zawód. Część szefów, to nieprzystosowani do prowadzenia praktyki weterynaryjnej lekarze, nieumiejący opanować swoich nerwów i nie mający kompetencji miękkich do zarządzania personelem. Sama natrafiłam, a także słyszałam od znajomych o ich szefach – furiatach, biernie agresywnych, blokujących rozwój. Młodzi ludzie po prostu zmieniają wtedy pracę bez słowa, kto przecież chce zadzierać z takim pracodawcą? Są oczywiście też “zdrowe” placówki, gdzie panuje atmosfera wsparcia, uczenia się oraz wzajemnej pomocy. Olbrzymia rotacja i brak pracowników chętnych do pracy jest więc problemem obu stron – również i pracodawców, dla których lekarze po prostu nie chcą pracować. Co więcej, nadeszło kolejne zagrożenie – pokolenie narcyzów. Ale o tym, już w kolejnym artykule…

Autor: lek. wet. Natalia Strokowska

2 komentarze
  • Beata
    Posted at 08:46h, 31 maja Odpowiedz

    A ja widzę inne zagrożenie. Płaca.
    Zanim znalazłam swoją pracę, która dała mi szansę rozwinąć skrzydła byłam na kilku rozmowach. Każda była zabawna.
    Będąc młodą, niedoświadczoną lekarką na pytanie o zarobki po usłyszeniu zakresu obowiązków i oczekiwań stwierdziłam, że 2k to jest minimum, na które mogę się zgodzić pod warunkiem rychłych podwyżek. Pan doktor niedoszły szef o mało nie zabił mnie śmiechem. Cóż, oczekiwano ode mnie umiejętności wykonywania i opisywania USG, echo, specjalizowania się w rozrodzie, zacięcia do leczenia zwierząt egzotycznych oraz umiejętności chirurgicznych. Wisienka na torcie były wymagania dot. Języków. Znajomość angielskiego na podstawowym poziomie w mojej ocenie, niemieckiego na poziomie niewiele niższym od biegłego to za mało. Powinnam jeszcze płynnie mówić po rosyjsku.
    I to wszystko, sądząc po reakcji pana szefa, za mniej niż 2k. W Krakowie.

  • Agnieszka
    Posted at 09:08h, 31 maja Odpowiedz

    Jak już zostało wspomniane w komentarzu na facebooku istnienie jeszcze kwestia wysokich wymagań i bardzo niskich wynagrodzeń lub w ogóle brak wynagrodzenia za pracę tuż po studiach. Sama w jednej z warszawskich lecznicy spotkałam się po studiach z propozycją darmowego stażu w celu przetestowania moich umiejętności. Odpowiedzią na pytanie o zarobki było zdziwienie i oburzenie pani doktor, że nie wystarczy mi możliwość zdobywania doświadczenia. I to niestety nie był to odosobniony przypadek. Oferty pracy w weterynarii są, ale bardzo często wynagrodzenie nie wystarczyłoby na jakiekolwiek utrzymanie się w danym mieście.

Post A Comment

{"cart_token":"","hash":"","cart_data":""}