Nie opuszczajcie swoich zwierząt…

Nie opuszczajcie swoich zwierząt…

Jakiś czas temu świat obiegł post na Facebooku autorstwa lekarza weterynarii, opisujący ostatnie chwile zwierząt, których opiekunowie nie chcieli towarzyszyć ich usypianiu:

“Kiedy jest się właścicielem zwierzęcia, nieuniknionym jest, że w większości przypadków nasz podopieczny odejdzie szybciej niż my sami, więc jeśli przyjdzie czas, aby zabrać go do weterynarza, żeby pomóc mu humanitarnie odejść – chcę żeby wszyscy to wiedzieli: przez całe jego życie to TY byłeś centrum jego świata. Dla Ciebie może to być zaledwie jakaś część Twojego życia, ale dla niego to TY jesteś jego rodziną. Za każdym razem jest to dla nas ciężka decyzja/dzień/czas/wydarzenie. Dla nas ludzi, jest to często dewastująca strata. Ale błagam Was – nie opuszczajcie swoich zwierząt. Nie zmuszajcie ich do umierania w pokoju pełnym obcych ludzi, w którym niepewnie się czują. Rzecz, z której wszyscy powinni sobie zdawać sprawę: Wasi podopieczni szukają was wzrokiem, po tym jak pozostawicie ich samym sobie.

Patrzą na każdą twarz w pomieszczeniu, w poszukiwaniu tej jednej ukochanej osoby. Nie rozumieją, czemu je zostawiliście kiedy zachorowały, są przerażone, stare, czy umierające na nowotwór, w momencie, kiedy potrzebują Waszego wsparcia. Nie bądźcie tchórzami, bo wydaje Wam się, że to dla Was po prostu zbyt trudne – wyobraźcie sobie, co czują Wasze zwierzęta, kiedy porzucacie je w najcięższym dla nich czasie i osoby takie jak ja zostają z nimi, żeby je pocieszyć, uspokoić i wytłumaczyć, czemu nie mogliście z nimi zostać.

– Zmęczony, poruszony lekarz weterynarii”

Anonimowy apel umieszczony przez Hillcrest Veterinary Clinic w Południowej Afryce został udostępniony ponad 90 tys. razy. Inspiracją dla wzruszającego postu lekarza weterynarii był tweet jednego z właścicieli zwierząt – Jessi Dietrich z Knoxville w stanie Tennesee. Zapytała swojego lekarza weterynarii, jaki jest najcięższy element wykonywanej przez niego pracy. Pani Dietrich w swoim tweecie napisała: “Powiedział mi, że w 90% przypadków, opiekunowie nie chcą zostawać w pomieszczeniu, kiedy podaję ich podopiecznym zastrzyk, więc zwierzęta spędzają swoje ostatnie chwile rozpaczliwie rozglądając się za swoim opiekunem. To łamie moje serce.”

Dla opiekuna zwierzęcia cierpienie i śmierć jego pupila to często olbrzymia trauma. Targają nim bardzo silne emocje i wielu z nich po ludzku tchórzy. Szczególnie tych, którzy w głębi serca wiedzą, że przyszli po pomoc za późno, że przeczekali niepokojące objawy, że na czas nie poddali swojego zwierzęcia badaniom profilaktycznym, które pozwoliłyby na wcześniejsze wykrycie choroby i dalsze leczenie. Wciąż niestety nadal wiele osób przychodzi do nas za późno – ten fenomen ma się bardzo dobrze szczególnie w medycynie zwierząt egzotycznych np. małych gryzoni lub gadów, które są przynoszone do naszych gabinetów w stanie agonalnym, gdy już przestały się ruszać i nikt ani nic nie może im już pomóc. I choć byśmy wzbili się na nasze wyżyny zrozumienia, nie przychodzi nam na myśl odpowiedź, co kierowało właścicielem, aby czekać tak długo. W naszej praktyce zdarza się patrzeć na bezsensowne cierpienie zwierząt, w wielu przypadkach spowodowane niewiedzą opiekuna, zaniedbaniem, ignorancją. I najgorsze jest to, że chcąc zgłosić to do odpowiednich organów narażamy się na falę hejtu w sieci ze strony właściciela i próby niszczenia reputacji. Stąd też większość sytuacji jest przez nas przemilczana, zaś w duchu wiemy, że humanitarna śmierć, to najlepsze, co w danej chwili mogło spotkać owo biedne zwierzę. Również w mojej praktyce spotkałam wielokrotnie opiekunów, którzy “chcieli sobie oszczędzić widoku” lub “nie chcieli więcej cierpieć, patrząc na umieranie”. Zdarzało się już, że próbowano wymóc na mnie eutanazję grożąc, że inaczej zwierzę zostanie przywiązane w lesie lub dostanie w głowę. Ci właściciele najchętniej pozbyliby się problemu, nie patrząc na niego, często wręcz dziwiąc się jeszcze, że eutanazja to usługa, która kosztuje. Tu chciałabym, żeby moja intencja została zrozumiana – nie jest moim celem w żadnym wypadku ocenianie motywacji, czy stygmatyzowanie decyzji. Zawsze szanuję każdą decyzję opiekuna, natomiast tak samo spokojnie zachęcam, aby jednak ostatnią rzeczą, jaką widziało przed śmiercią zwierzę, była ukochana twarz opiekuna.

Homo sum, humani nihil a me …

Jesteśmy tylko ludźmi – opiekunowie i lekarze weterynarii. To na nas jednak spada moralny ciężar związany z eutanazją – stanem emocjonalnym właściciela, dobrem zwierzęcia, a także konfliktem interesów na osi – jakość życia i cierpienie zwierzęcia, a motywacją właściciela. Więcej pisałam na ten temat w artykule pt. “Oswojeni z eutanazją – czyli codzienność lekarzy weterynarii”. Niestety podejście do eutanazji ma często właśnie antropocentryczny charakter, gdzie właściciel nie potrafi racjonalnie ocenić, w jakim stanie jest jego zwierzę, i stara się wymusić decyzję na lekarzu (np. usypianie zdrowego zwierzęcia, którym już nie chce się zajmować lub przedłużanie życia terminalnie chorego i odczuwającego silny ból pupila, z którym jest emocjonalnie bardzo związany). To również przez swój własny zmieniony stan emocjonalny, silny lęk, niepokój i rozpacz może nie chcieć być przy swoim zwierzęciu podczas jego śmierci. To właśnie na lekarzu weterynarii spoczywa ciężar rozmowy, a także próby przekonania opiekuna, że w interesie zwierzęcia jest jednak to, żeby był przy nim ukochany człowiek, a nie tylko obcy ludzie. Wielu z nas przeżyło śmierć starszego członka rodziny, czuwała przy nim i opiekowała się nim. Mieliśmy na uwadze jego dobro, komfort i świadomość, że nie jest sam. do tego samego zachęcam w stosunku do zwierząt, które przecież dla wielu z nas są właśnie częścią rodziny.

Badania pokazują, że wykonywanie eutanazji przez lekarzy weterynarii jest jednym z głównych czynników wypalenia zawodowego, stresorów, a także czynników sprzyjających popełnianiu samobójstw przez kolegów i koleżanki z branży. Myśli samobójcze są częstsze u młodych lekarek weterynarii z krótszym stażem zawodowym. Również kontakt z umieraniem i aktywne dokonywanie eutanazji zmienia nasz stosunek do śmierci. Ponad 70% lekarzy weterynarii jest za prawem do eutanazji u ludzi (sic!). W placówkach weterynaryjnych nie ma również specjalnych komisji etycznych, które tak jak w szpitalach dla ludzi orzekają o stanie zdrowia i kwalifikacji do dalszej np. uporczywej terapii. To na barkach każdego z nas spoczywa ciężar decyzji, która często musi zostać podjęta podczas jednej wizyty właściciela ze zwierzęciem. Zdarza się, że brakuje czasu na dłuższe zastanowienie, przyjazd reszty rodziny, aby się pożegnać.

Zaprzeczenie

Lekarze weterynarii dwukrotnie częściej niż lekarze, czy stomatolodzy narażeni są na negowanie diagnoz i proponowanych opcji terapeutycznych przez swoich klientów. Dotyczy to również eutanazji. Właściciel zwierzęcia w rozpaczy często zaprzecza faktom, targany sprzecznymi emocjami działa niezgodnie z interesem zwierzęcia. Nikt w toku studiów nie przygotowuje do tak trudnych, wymagających delikatności, taktu, empatii, zrozumienia i gigantycznej wiedzy psychologicznej rozmów okoliczności. Ba, nas samych nikt również nie wspiera psychologicznie, a cierpimy przecież na tzw. zespół zmęczenia współczuciem (ang. compassion fatigue). Opiekujemy się emocjonalnie właścicielem (czyli obcą nam osobą), okazujemy troskę i wyczerpujemy swoje wewnętrzne zasoby. Wielu z nas, nie wie jak je z powrotem ładować.

Naturalnym zachowaniem jest chęć uniknięcia śmierci ukochanego zwierzęcia. Ma to swoje podłoże w dobrze udokumentowanym fenomenie przywiązania do członków grupy społecznej, z którymi łączą nas więzi i poczucie bezpieczeństwa. Podobnie ma się sprawa w przypadku naszych podopiecznych. Zatem decyzja o zakończeniu życia pupila nie tylko wymaga zderzenia się z bolesnymi faktami, ale ma również silne emocjonalne konsekwencje. Odmowa eutanazji zwykle jest nie tle co wyborem, co automatyczną reakcją psychologiczną na sytuację, która może być przytłaczająca i trudna do udźwignięcia. Jest to silnie adaptacyjne, jednakże w danej chwili śmierć zwierzęcia może być uznawana za nierealną, stąd też pojawia się zaprzeczenie. Badania przeprowadzone w Wielkiej Brytanii wykazały, że nierozwiązany konflikt z klientem i jego zaprzeczanie stanowi faktycznemu powodują u lekarzy gigantyczną frustrację, poczucie bezsilności i wyrzuty sumienia. Stres ów wiąże się również z niską satysfakcją z wykonywanej pracy, a także niewysokimi zarobkami. Sytuacja ma się podobnie w naszym kraju. Efekt stanowią zaburzenia zdrowia psychicznego, wypalenie zawodowe i duża rotacja lekarzy na rynku pracy.

Etyka i empatia

Należy podkreślać za każdym razem, że każdego z nas obowiązuje najwyższa delikatność wypowiedzi, okazywana właścicielowi troska i zrozumienie. Ma on pełne prawo usłyszeć o wszystkich dostępnych opcjach terapeutycznych, nawet jeśli mogą nam się one wydawać nieosiągalne. Badania wykazały, że poziom empatii brytyjskich studentów medycyny weterynaryjnej płci męskiej spadał pięciokrotnie w toku nauczania. Również mężczyźni rzadziej nie zgadzają się z decyzją właściciela o eutanazji zwierzęcia. Badania przeprowadzone w Mediolanie potwierdziły wyższy poziom empatii u kobiet. Nie jest niczym dziwnym więc, że w takich rozmowach lekarki wypadają znacznie lepiej. Należy jednak pamiętać, że od reguły są też wyjątki, a delikatnej i empatycznej rozmowy z klientem można się nauczyć. Wielu lekarzy niestety jednak nie uświadamia sobie implikacji związanych z używanymi sformułowaniami. Absolutnie nieakceptowalne i niezgodne z etyką są komunikaty nacechowane emocjonalnie, mające na celu wywrzeć wpływ lub poczucie winy u właściciela np. “jeśli nie uśpimy go dzisiaj, to udusi się przez noc”, “to będzie okrutne dać mu umrzeć naturalnie”, “zazwyczaj moi klienci w tym momencie decydują się na eutanazję”. Musimy też pamiętać, że to właściciel będzie żył z ciężarem podjęcia decyzji o uśpieniu swojego pupila, znacznie innym niż lekarze weterynarii, gdyż to on był ze swoim podopiecznym emocjonalnie związany. Często nie chce on brać odpowiedzialności za decyzję, nie chce być uznawany za winnego, przeprasza lub próbuje się upewnić, czy zrobił dobrze. Zdarza się, że słyszę “Pani doktor, czy uważa Pani, że podjęłam dobrą decyzję?”, odpowiadam wtedy: “Podjęliśmy wspólnie dobrą decyzję”. Takie sformułowanie pomaga właścicielowi w zdjęciu odrobiny ciężaru z jego barków i poczuciu, że nie jest sam ze swoim cierpieniem.

Patrzę na śmierć często, patrzę na cierpienie ludzi, pomagam im ukoić zszargane nerwy, przytulam moich klientów, gdy płaczą (chociaż nie ma takiego obowiązku). Myślę wtedy o moich znajomych i innym rodzaju stresu, któremu są poddawani w swojej pracy – odpowiedzialności finansowej, krótkim deadline’om na dostarczenie projektu, dynamicznej specyfice środowiska pracy itp. Nikt z nich, słowem nikt, poza innymi znajomymi z branży weterynaryjnej nawet w najmniejszym procencie nie jest w stanie zrozumieć stresu i ciężaru związanego z moją pracą. Usypiamy zwierzęta, podajemy im celowo substancje, które mają skrócić ich cierpienie. Dokonujemy śmierci, jesteśmy z nią, opatruje nam się, towarzyszy na codzień. Co więcej, badania na studentach weterynarii przeprowadzone w Nowej Zelandii dowiodły, że opatrzenie z eutanazją i emocjonalne przyzwyczajenie do przeżywania śmierci swoich pacjentów przyczyniły się do zmniejszenia lęku przed śmiercią. To samo mogę powiedzieć o sobie – rozważania o umieraniu i wyobrażania o tym, jak umrę, po prostu ze mną są, a wielki wpływ na to miało właśnie powtarzające się wykonywanie eutanazji. Nie jest tożsame z myślami samobójczymi, gwoli ścisłości. Mój najgorszy dzień w życiu zawodowym to pięć jednego dnia… Pod koniec dnia poproszono mnie o wykonanie szóstej, a ja poprosiłam, aby zrobił to inny lekarz, psychicznie było to już dla mnie za dużo. Wyczerpałam swoje zasoby całkowicie. Wróciłam do domu i chciałam tylko leżeć na łóżku, nic nie robić i unosić się w niebycie. Nie było koło mnie w tamtej chwili nikogo, kto mógłby mnie przytulić i zdjąć odrobinę przytłaczającego ciężaru z moich barków. Ciężaru tak wielkiego, że aż wgniatał mnie w łóżko. Byłam pusta w środku, zaś przed oczami wirowały mi twarze zrozpaczonych, zapłakanych właścicieli.

Badania prowadzone na lekarzach weterynarii w wielu krajach potwierdziły, że wiele osób sięga w takich chwilach po alkohol, narkotyki, środki nasenne. Niektórzy nie wytrzymują, przecież wiemy bardzo dobrze, jak zadawać bezbolesną śmierć. W depresji, załamaniu psychicznym, wypaleniu ulżenie sobie w cierpieniach jawi się lekarzowi jako najlepsze możliwe rozwiązanie. Wielu nie ma z kim lub wstydzi się porozmawiać. Nie pomaga stygmatyzowanie w naszym kraju osób z problemami psychicznymi, również ze strony starszych stażem kolegów po fachu. Lekarz weterynarii to bardzo dumny zawód. Wielu nie pójdzie do “ludzkiego lekarza” ze problemem, prościej przecież wypisać sobie samemu receptę na leki uspokajające czy nasenne. Wizyta u psychiatry czy psychologa jest dla wielu osób powodem do wstydu i ukrywania problemu. Lekarze weterynarii cierpią w milczeniu. Każdy z nas słyszał też o nadużyciach – lekarzach lub technikach wykradających leki narkotyczne. Niestety póki sytuacje takie nie będą kolektywnie zgłaszane do Izby, takie osoby będą bezkarne żerować na swoich kolejnych pracodawcach (do momentu nakrycia i zwolnienia), pogrążając się w chorobie i uzależnieniu.

Nasza praca to emocjonalny rollercoaster, w którym rano szczepimy zdrowe szczeniaki, w ciągu dnia walczymy z ciężkimi chorobami, a np. po południu usypiamy nieuleczalnie chore zwierzę. Po owocnym i pełnym sukcesów terapeutycznych dniu i tak na koniec będę pamiętać twarze i łzy właścicieli psa, którego uśpiłam. Przecież normalną reakcją jest to, że silniej i dłużej pamiętamy negatywne sytuacje. Śmierć mnie zdecydowanie zmieniła, bo po prostu mi towarzyszy, oswajam ją, myślę o niej. Mam w rękach przecież życie, a potem w dużej mierze ode mnie zależy, jak z przeżywaniem śmierci będą radzić sobie opiekunowie. Wielu może zaprzeczy, natomiast mam głębokie przekonanie, że wiele dałoby nam lekarzom, a także opiekunom zwierząt wsparcie psychologiczne w tym trudnym procesie. Przeżywanie żałoby to trudny proces, wielu nie jest w stanie przejść jej w pełni i zatrzymuje się na jakimś etapie.

Śmierć, a emocje

Części lekarzy śmierć powszednieje, przestaje na nich robić wrażenie, stają się oschli, cyniczni. To objawy wypalenia zawodowego i moment, żeby poprosić o profesjonalne wsparcie. Klient nigdy nie powie, jak traumatyczne mogą być dla niego ich wyzute z emocji słowa, używanie techniczno-prawnej terminologii związanej z kremacją ciał zwierząt, mechaniczne obchodzenie się ze zwierzęciem (postawienie bez słowa na stół, założenie wenflonu i podanie zastrzyku). Klient ma prawo wiedzieć, chce słyszeć nasz głos, potrzebuje wsparcia i tak jak my, jest też tylko człowiekiem. Może stchórzyć, może bardzo cierpieć, może zaprzeczać. To od profesjonalizmu, inteligencji emocjonalnej i umiejętnej, empatycznej rozmowy tak wiele zależy!

Anonimowy apel lekarza weterynarii, który przytoczyłam na początku jest silnie nacechowany emocjonalnie. Wskazuje na wielką frustrację, smutek, jest oceniający. To pięknie pokazuje, że również jesteśmy tylko ludźmi. Z tego też względu lekarz ów nie chciał podpisać się nazwiskiem, aby nie narazić się na falę hejtu i oskarżenia o naruszenie kodeksu etyki. A przecież stawiamy czoła moralnym dylematom każdego dnia! Naszym zadaniem jest patrzeć bez oceniania, bez uprzedzeń. Powinniśmy apelować, ale nie wzbudzać poczucia winy, przekonywać, nie straszyć. To właśnie na nas spoczywa wielki moralny ciężar, którego nie pojmie nikt inny poza nami. Klient ma prawo zaprzeczać, rozpłakać się – my musimy zachować chłodny osąd i poradzić sobie z emocjami własnymi i jego.

Drogi właścicielu – wiem, że dla Twojego ukochanego przyjaciela najlepiej by było, abyś był w tej trudnej chwili przy nim. Patrz na niego, głaszcz go po głowie, możesz mówić spokojnym głosem. Teraz podam mu zastrzyk, po którym jego serce przestanie bić, a ciało rozluźni się. Wiem, że wspólnie zrobiliśmy dla niego wszystko.

Autor: lek. wet. Natalia Strokowska

Bibliografia:

  1. Can Vet J. 2014 Dec; 55(12):1123-6. Mental health and veterinary suicides. Gyles C.
  2. BMC Vet Res. 2016 Feb 4;12:26. Attitudes of Austrian veterinarians towards euthanasia in small animal practice: impacts of age and gender on views on euthanasia. Hartnack S, Springer S, Pittavino M, Grimm H.
  3. Can Vet J. 2017 Mar; 58(3):255-260. Conceptualization of convenience euthanasia as an ethical dilemma for veterinarians in Quebec. Rathwell-Deault D, Godard B, Frank D, Doizé B.
  4. Top Companion Anim Med. 2016 Dec; 31(4):152-159. Companion Animal Owner Perceptions, Knowledge, and Beliefs Regarding Pain Management in End-of-Life Care. Heuberger R, Petty M, Huntingford J.
  5. Vet Rec. 2014 May 3;174 (18):442. Coping with the conflicts associated with ending an animal’s life.
  6. Vet Rec. 2011 Mar 12;168(10):263. Veterinary opinions on refusing euthanasia: justifications and philosophical frameworks. Yeates JW, Main DC.
  7. Vet Behav. Jan-Feb 2017;17(0):32–37. 58 Empathy toward animals and people: The role of gender and length of service in a sample of Italian veterinarians. Elisa Silvia Colombo1, Franca Crippa, Tessa Calderari, Emanuela Prato Previde
4 komentarze
  • Agn
    Posted at 13:56h, 30 stycznia Odpowiedz

    Po raz kolejny – dziękuję.
    I przydałyby się badania osób prowadzących organizacje prozwierzęce….

    • Natalia Strokowska
      Posted at 11:30h, 31 stycznia Odpowiedz

      Dziękujemy, że czytacie i rozpowszechniacie <3

  • Gieniu
    Posted at 15:06h, 12 lutego Odpowiedz

    Spotkałem się z opinią bliskiej mi pani weterynarz, że zwierzęta różnie reagują na zastrzyki kończące ich życie. W sensie, że mogą np. zawyć itp. W dodatku nie zawsze da się podać dożylnie ze względu na stan. Pewnie kwestia dawek i kolejności. Ale raczej ta osoba robi to tak, żeby zwierze nie cierpiało i nie było świadome, a nie najniższym kosztem. Jednak sama wyprasza właścicieli, mówiąc np. “lepiej żeby państwo zapamiętali go jako fajnego psiaka merdającego ogonkiem”. Więc jak to jest? Czy zawsze usypianie to taki spokojny proces przy którym właściciel będzie w stanie pozostać bez szoku?

    • Natalia Strokowska
      Posted at 15:41h, 12 lutego Odpowiedz

      To prawda. Reakcje są bardzo różne i lekarz powinien o tym uprzedzić opiekuna. Czasem też żyły mogą być zapadnięte, nie można założyć wenflonu, więc pozostaje zastrzyk dosercowy, który dla wielu osób może być bardzo traumatycznym widokiem. I mi w takiej sytuacji zdarzało się prosić właściciela o wyjście w trosce o jego dobro, natomiast pacjent był już w stanie znieczulenia, więc nie był świadomy i nie odczuwał bólu, a przed zaśnięciem widział swojego właściciela.

      Zapraszam do lektury naszego artykułu, który bardzo wyczerpuje temat eutanazji zwierząt: https://vetnolimits.com/oswojeni-z-eutanazja-czyli-codziennosc-lekarzy-weterynarii/

Post A Comment