Towarzystwo Weterynaryjne, jak uczę się angielskiego i o trudach procesu doktoryzacji

DSC03421
z Dr Aleksandrą Stani – miss weterynarii małopolski i moją indywidualną kursantką :)

Praca wre, czas leci, obowiązków nie ubywa :) Od października prowadzę kurs angielskiego specjalistycznego dla lekarzy weterynarii i studentów – muszę powiedzieć, że zainteresowanie przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Dzięki moim wspaniałym kursantom wiem, że moja praca ma znaczenie. Jestem Wam bardzo wdzięczna – Wasz sukces jest moim sukcesem. Pragnę też serdecznie podziękować mojego promotorowi prof. Anuszowi oraz Warszawskiej Izbie Lekarsko-Weterynaryjnej za patronat oraz wspaniałym przyjaciołom.

Już w styczniu ruszy nabór na kolejną edycję kursu, który rozpocznie się na początku marca. Czekajcie na szczegóły, ukażą się niebawem. Studenci niższych lat – dla Was również jest przewidziana grupa, dlatego mam nadzieję, że niebawem się poznamy :)

Często pytacie mnie, jak nauczyłam się angielskiego na tyle, żeby uczyć innych i czuć się biegle? Przepis jest taki: od 7 do 19 roku życia nieprzerwanie uczyłam się angielskiego w szkole (co najmniej 2-3 godziny w tygodniu), z czego w gimnazjum i liceum jeszcze dodatkowo w szkole językowej (3h tygodniowo). Po maturze wyjechałam pierwszy raz do Anglii do pracy w knajpie i do szkoły tańca i tam praktykowałam język. Na pierwszym roku studiów chodziłam przez pół roku do Profi Lingua w Warszawie, ale ta szkoła była kompletną porażką – nuda na zajęciach,DSC02351 brak jakiegoś planu, koncepcji nauczania – poczułam, że siedzenie w klasie i wkuwanie 3 raz w życiu tych samych konstrukcji gramatycznych jest nie dla mnie. Na 3 roku miałam wielką przyjemność uczyć się przez semestr angielskiego weterynaryjnego od cudownej dr Magdaleny Garncarz na SGGW, ale czułam wielki niedosyt po zajęciach bo ciągle to było dla mnie mało. Od tego czasu zdecydowałam, że będę czytać literaturę fachową tylko w języku angielskim i wytrwałam w postanowieniu.

Dzięki pracy dla Elseviera na studiach w ramach wynagrodzenia otrzymałam fantastyczne książki weterynaryjne m.in. Chirurgię Fossum, Neurologię Lorenza oraz Exotic Pets.  Od trzeciego roku zaczęłam więcej podróżować po świecie i praktykować angielski, na V roku wyjechałam do USA trzykrotnie na praktyki, na VI na 3 miesiące na Prktyki Erasmus. W międzyczasie obejrzałam wszystkie serie Dr House po angielsku, E-Vets, Incredible Dr Paul, Young Vets. Oglądałam filmy, słuchałam muzyki i czytałam artykuły oraz oglądałam webinary po angielsku.  Rozmawiałam regularnie ze znajomymi z USA i Wielkiej Brytanii. Podczas pobytu w UK przystąpiłam w Oxfordzie do egzaminu TOEFL, który bez specjalnych przygotowań zdałam na 102 punkty. Na IV roku studiów wysłałam maila do dra Zbigniewa Blimke z propozycją pomocy przy tłumaczeniach kongresu PSLWMZ i tak zostałam tłumaczem :) Przez moje ręce przewaliły się setki stron tekstów weterynaryjnych, abstraktów i prezentacji. Regularnie uczestniczę w darmowych kursach na www.coursera.org (gorąco polecam ruszający 12 stycznia 2015 EDIVET – Do you have what it takes tobe a veterinarian organizowany przez University of Edinburgh) oraz vetgrad.co.uk. I w ten sposób… znalazłam się w miejscu,w  którym jestem teraz. Dlatego dzielę się z innymi swoją widzą i doświadczeniem :)

kto nie ma w głowie, ten ma w nogach... a jak to jest z nami?
kto nie ma w głowie, ten ma w nogach… a jak to jest z nami?

W grudniu tonęłam w papierologii i składałam pierwszy w życiu wniosek grantowy do NCN w programie Preludium – kosztowało mnie to kilka nieprzespanych nocy, kilka litrów kawy i sporo nerwów (ech, czym ja się tak stresuję?). Udało mi się zmontować chyba w miarę sensowny opis (dziękuję za wszelkie krytyczne uwagi prof. Anuszowi, dr hab. Król i dr Tracz oraz Bartkowi Taciakowi), a dzięki pomocy pewnej wyjątkowej osoby, która całkiem nieźle umie dodawać – napisać kosztorys, który napawał mnie lękiem od samego początku. Kurczę, to przecież aż (a może tylko?) 150 tys. złotych. Badania będą dotyczyć poziomu przeciwciał przeciwko T. gondii u dzików w Polsce  z uwzględnieniem warunków środowiskowych.

logoW zeszłym tygodniu zostałam prezesem Towarzystwa Weterynaryjnego – fundacji, która zajmuje się leczeniem zwierząt ludzi, którzy nie mają na to funduszy z różnych przyczyn – stracili pracę, są na emeryturze, rencie, mają niski dochód… Kilka wspaniałych osób już zaangażowało się w temat – niedługo ruszamy pełną parą i zaczynamy akcję Zwierzęta cierpią w milczeniu” – jej celem będzie zbiórka 1% podatku. Jestem bardzo wzruszona i dziękuję za nominację – dobro zwierząt i radość właścicieli są dla mnie sensem mojej pracy zawodowej.

Dziękuję Wam bardzo za tak liczne maile – dostaję ich od Was czasem… kilka dziennie! Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że chcecie wyjeżdżać, rozwijać się, uczyć. To przecież w Nas jest przyszłość polskiej weterynarii – poprzezDSC03629 ciężką pracę, zdobywanie doświadczenia i ustawiczne kształcenie się możemy zaoferować najlepszą jakość naszych usług. Tak trzymajcie! Staram się indywidualnie Wam odpisywać w miarę czasu, chociaż czasem jest go bardzo mało.

Podróże… czy mam na nie czas? Każdą wolną chwilę staram się na nie poświęcić. We wrześniu pierwszy raz w życiu spędziłam tydzień na morskim jachcie – wybrzeże dalmatyńskie Chorwacji, lazurowa woda i fantastyczne owoce morza zdecydowanie są wysoko na mojej liście; łupanie boi o rufę co noc, huraganowa bora i mdłości jak nie ma czego glencoezwrócić oraz pijackie wycie w porcie – zdecydowanie nie. Generalnie fajny ten cały yachting, wszyscy tacy eleganccy i wylansowani – tylko czemu to tyle kosztuje i czemu nie można spać w nocy? ;)

W listopadzie spędziliśmy cudowny tydzień w Szkocji, która na prawdę rozpieściła nas pogodą – padało tylko w Glasgow, ale solidnie. Wspaniałe zamki, urokliwy Edynburg, tajemnicze wioski, majestatyczna Melrose Abbey i mistyczna Rosslyn Chapel, głębokie jeziora Loch Lomond i Loch Ness, posępne Góry Kaledońskie, majestatyczny Glencoe i pyszna… whisky. Tak tak, oficjalnie przekonałam się do tego trunku. Nie wiem w jakim świecie żyłam dotychczas, ale nie był to świat single malt, tylko jakiś zlewek, które nie wiedzieć czemu ktoś tak wytrwale lansuje w telewizji. Wizyta w Glenkinchie Distillery zdecydowanie zmieniła moje wyobrażenie o tym trunku!

A plany na przyszłość? Intensywnie uczę się tańców latynoskich, żeby w lutym kołysać się w rytm bębnów na sambodromie w Rio. W planie Brazylia, Paragwaj, Peru i Boliwia. Na miesiąc znikam do Ameryki Południowej. Od szczytów Andów i inkaskich ruin, poprzez słone płaskowyże Boliwii, największe wodospady na świecie Iguazu, po wspaniałą rafę u wybrzeży Brazylii i kolorowe pióropusze największego karnawału na świecie w Rio de Janeiro.

machu-picchu-hdr-image Rio-de-Janeiro-statue

Reklamy