Wulkany, jeziora i Ocean Spokojny – ostatnie dni na kontynecie

 

Z San Pedro wyruszyłam rankiem 13 września, żegnając Bruce’a i całą ekipę. Po 30 min. rejsie morską taksówką dotarłam na wysepkę Caye Caulker, gdzie zjadłam śniadanie i pospacerowałam po plaży. Następnie kolejny rejs do Belize City, skąd autobusem miałam pojechać do Dangrigi dalej na południe kraju. Coś mnie podkusiło, żeby wysiąść na skrzyżowaniu przed miastem, zamiast jechać do centrum i czekać na kolejny autobus i wracać tą samą drogą dalej w kierunku Placencii. Na stopa nie musiałam długo czekać. Zabrał mnie palestyński producent owoców, o wdzięcznym imieniu Angel. Mieszka tutaj 12 lat i eksportuje cytrusy do Europy. Jechaliśmy razem ok. pół godziny, do kolejnego rozjazdu, gdzie znajdowała się jego plantacja, ja zaś miałam już tylko 40 km do Placencii. Zmartwiony, że sama podróżuję i że pewnie nie mam na bilet, dlatego łapię stopa, wręczył mi 200 BZD czyli 100 USD :P Nie ma to jak jeździć stopem i jeszcze na tym zarabiać!

Na półwysep Placencia dotarłam wieczorem, a na miejscu czekał na mnie mój host Kevin, kuzyn Iana z San Ignacio, ze swoim kumplem Antkiem. Chłopaki urządzili dla mnie wypasione barbecue, popisując się umiejętnościami kucharskimi na najwyższym poziomie! Popijając rum z fantą siedziliśmy na plaży i słuchaliśmy Adele, zajadając grillowane nóżki kurczaka. Kevin zorganizował mi pokój w rezydencji u swoich znajomych, zaś rano przyjechała po mnie taksówka, za którą sam zapłacił. Samych dżentelmenów tutaj spotykam, w dodatku wszyscy bez koszulek i o głowę niżsi :)

Z Placencii wyruszyłam następnego dnia rano łódką do miejscowości Independence, a stamtąd udało mi się złapać stopa bezpośrednio do Puerto Barrios na samym południu. Jedyna droga, żeby wydostać się z tej części kraju, to wsiąść na łódź. Dotarłam idealnie na czas, 25 min przed odpłynięciem łodzi o 9.30, kolejna była dopiero o 16. Godzinę później moje stopy dotknęły gwatemalskiego piasku, jeszcze tylko pieczątka w biurze imigracyjnym i kolejny stop do Rio Dulce.

Rio Dulce leży nad rzeką o tej samej nazwie, znajduje się tutaj gigantyczny most oraz największe w Gwatemali jezioro – Lago Izabal. Po południu wyruszyłam w rejs po jeziorze, odwiedzając hiszpańską twierdzę z XV w. Castillo de San Felippe oraz wysepkę ptaków.  Noc, a raczej pół nocy spędziłam w hostelu Backpackers, urokliwie położonym nad brzegiem jeziora. Mój luksusowy apartament został zbudowany na balach z desek i siatki antykomarowej i zawierał 24 łóżka, 4 prysznice i 4 toalety. Dzięki pobliskiej imprezie udało mi się nie zmrużyć oka, do tego zabawowa ekipa dołączyła do mnie ok. 2 w nocy, na szczęście mój autobus do Gwatemali ruszał o 3 nad ranem. O 2.30 wskoczyłam na łódkę w kompletnym deszczu, dostałam od obsługi parasol i plastikowy wór do zapakowania, nie wiem, czy siebie, czy plecaka. W każdym razie w kompletnej ciemności i ścianie deszczu ruszyliśmy na drugą stronę rzeki, łódka była pełna wody, a ja modliłam się tylko, żeby nie utonąć z plecakiem przy mocniejszym skręcie. Kompletnie mokra od pasa w dół dotarłam na przystanek i akurat…. Przestało padać. Udało mi się na szczęście przebrać i szczęśliwie dotrzeć do Gwatemali ok. 7.30 rano. Razem ze mną podróżowało aż 7 osób! Następnie przesiadka i podróż tzw. „chicken busem” do miasta Antigua, które leży u stóp trzech wulkanów – Fuego, Agua i Pacaya. Oj chciałabym, żeby u nas takie jeździły…. :)

W Antigua przywitał mnie Charles, mój kolejny host. Miałam wielkie szczęście dotrzeć tutaj akurat w… Dzień Niepodległości Gwatemali (15.09.1821). Uczestniczyliśmy we wspaniałej paradzie, tańczyliśmy, wysłuchałam hymnu, który trwa chyba z 15 minut! Doskonale się bawiłam wędrując urokliwymi uliczkami miasta, popijając przepyszną kawę (nareszcie!) i zajadając ciastka. Okazało się, że Charles jest właścicielem kilku luksusowych domów starej części miasta i przygotował mi iście królewskie przywitanie. Osobny pokój z salonem i łazienką, cudowne zielone patio, zabawa z jego trzema zwariowanymi psiakami i królikami.

Następnego dnia wybrałam się na wycieczkę nad jezioro Atitlan oglądać kolejne wulkany :) Stamtąd stopem nad Pacyfik podglądać w nocy żółwie na czarnej, wulkanicznej plaży. Nie udało mi się złapać żółwicy na zdjęciu, bo wracała już do wody, czekam na zdjęcia od znajomego Niemca :) Przy okazji wstałam rano aby zobaczyć wschód słońca w namorzynowym lesie podczas rejsu łodzia – widoki niezapomniane, mnóstwo ptactwa, ciekawej roślinności i pięknej natury.

Ostatni dzień upłynął na powrocie do Antiguy, odpoczywaniu, pakowaniu i spacerach. Dzisiaj wyruszyłam już z Gwatemali samolotem do Panamy o właśnie czekam na samolot do Hawany. Wieczorem już spotykam się z Mateuszem i jutro razem zaczynami kurs nurkowy. Zaczyna się kolejny etap mojej podróży. Niestety teraz będzie już naprawdę kiepsko z internetem, więc nie gwarantuję relacji na bieżąco – zrobię co w mojej mocy. Do zobaczenia w Polsce 4.10!

zdjęcia z Belize i Gwatemali znajdziecie w galerii picasa, niestety nie mam już czasu ładować ich do posta, ostatnie sa uaktualnieniem tego posta. zapraszam TUTAJ

Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s