From Belize with love… jeśli gdzieś jest raj na Ziemi, to właśnie tutaj!

Po pobycie w Arcas i różnych usłyszanych historiach o wolontariatach w Ameryce Środkowej i Południowej postanowiłam już wyluzować i na poważnie zająć się wakacjami i odpoczywaniem. Myślę, że mam już w pełni ukształtowane zdanie na temat ośrodków rehabilitacyjnych i prawda jest taka, że są to minizoo w odległych zakątkach świata, które może i ratują dzikie zwierzęta, tylko pojawia się pytanie o celowość całego procesu? Dajmy na to dzikie koty. Wcale nie cieszy mnie fakt trzymania pum, ocelotów, czy też jaguarów w klatkach, albo wyprowadzania ich na smyczy w lesie żeby ‘zaznały wolności’. To samo ma się w przypadku małp, tym bardziej nie będzie łatwe ich wypuszczenia na wolność gdy dorosną, gdyż są przyzwyczajone do ludzi i będą się trzymać blisko ludzkich osad, aż a w końcu ktoś ich nie zabije, jak nie zaczną przeszkadzać zbytnio. Specjalnie w tym celu należy je nawet odstraszać, gdy się z nimi pracuje, żeby bały się człowieka i zachowały swoją dzikość. Podobnie ma się sprawa w przypadku ptaków, podczas karmienia papug, czy też sprzątania w ich klatkach należy być zupełnie cicho, żeby nie naśladowały ludzkiego głosu. Jednak dajmy na to, że ptaki w końcu uda się wypuścić. Skoro niektóre papugi są zagrożone wyginięciem, jak np. ara żołtoskrzydła, czego główną przyczyną jest niszczenie jej siedlisk, które znajdują się w dżungli, jaki cel ma wypuszczanie dużej ilości ptaków, skoro puszcza nie jest w stanie ich wyżywić? Ochrona i rehabilitacja dzikich zwierząt to bardzo skomplikowane zadanie, które wymaga niesłychanej wiedzy. Trzeba jednak bardzo uważać, żeby nie robić tego na siłę, gdyż najcenniejszą rzeczą, którą posiada dzikie zwierzę, jest właśnie jego dzikość i nie można mu jej odbierać w imię szeroko pojętej ‘rehabilitacji’.

Po tym wywodzie postanawiam już zająć się tylko wypoczynkiem i zwiedzaniem :)

Pobyt w Belize jest jednym wielkim pasmem szczęścia i dobrej energii! Poznałam tutaj fantastycznych ludzi, którzy pozytywnie wpłynęli na moje życie. W San Pedro przywitał mnie Bruce, mój host.  Bruce ma 59 lat, pochodzi z Nowego Jorku, a w Belize mieszka od czterech lat. Po przejściu na emeryturę postanowił wynieść się ze Stanów, zresztą jak sporo osób tutaj. Dzięki B. mój pobyt w San Pedro pod względem kosztów ograniczył się do minimum :P

Na wysepce Ambergris Caye zostałam tydzień. Już drugiego dnia podczas imprezy poznałam Dona, przemiłego multimilionera z Kanady, oraz Marka, jego najlepszego kumpla, jednego z głównych dyrektorów Google z San Francisco. Dzięki chłopakom mogłam spędzić wspaniałe dwa dni w cudownej rezydencji Dona ‘Canary Cove’. Don jest szefem fundacji, która zajmuje się wczesnym wykrywaniem raka, zaś w wolnych chwilach, czyli 4 miesiące w roku spędza w Belize, właśnie w jednej ze swoich rezydencji. Dzięki Gilowi, divemasterowi Dona mogłam nauczyć się nurkować (opanowanie techniki zajęło mi ok. 40 min w basenie) i od razu wyruszyliśmy na rafę. Nie mogłam uwierzyć, jak wielkiego spokoju zaznaje się pod wodą. Uprzednio bałam się, że wpadnę w panikę, jednak cały strach minął jak za odjęciem czarodziejskiej różdżki. Jestem zachwycona podwodnym światem, szczególnie że to właśnie Belize jest mekką nurków z całego świata. Już cieszę się na nasz kurs w Havanie!

Podczas nurkowania zbieraliśmy skrzydelniki olbrzymie (ang. conch, czytaliście może „Władcę Much” Goldinga? Tam chłopcy biegali właśnie z konchą), z których potem powstało fantastyczne cediche. Niestety mięczaka wydobywa się z muszli w dość drastyczny sposób, trzeba go wyłupać i odciąć, to podłużne, co widzicie na zdjęciu to stopka, która łączy zwierzaka z muszlą. Aż się smutno robi patrząc w te dziwaczne oczka… niemniej konchy smakują wybornie! Do tego chłopaki polują z trójzębem na lion fishe, czyli skrzydlice. Są one groźnym gatunkiem zagrażającym rafie, gdyż zjadają narybek innych gatunków ryb przyczyniając się do pustoszenia raf. Zostały tutaj zawleczone z Florydy. W wodzie trzeba uważać na ich płetwy, gdyż są jadowite, a najmniejsza z nimi styczność może być niezmiernie bolesna. Po oprawieniu powędrowały na talerze. Niebo w gębie!

Wolny czas upływał mi na siedzeniu w jacuzzi, piciu rumu z wodą kokosową prosto z kokosa (zawsze o tym marzyłam!), zabawie z psiakami, graniu z chłopakami w ping ponga i jeździe na skuterze wodnym. Żyć nie umierać!

Niestety Don i Mark wyjeżdżali nazajutrz, dlatego ostatnie trzy dni spędziłam znów na kanapie u Bruce’a, w ciągu dnia pływając w cudownie cieplutkiej wodzie, opalając się i jeżdżąc na rowerze. Nareszcie podładowałam akumulatory!

Pomimo sezonu huraganowego pogoda niesłychanie dopisała i ani razu nie lało! Woda stale utrzymuje się na poziomie 28-29 st, zaś słonko cudownie praży, a wiatr przyjemnie mierzwi włosy. To moje wyspy szczęśliwe!

 

Reklamy

One thought on “From Belize with love… jeśli gdzieś jest raj na Ziemi, to właśnie tutaj!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s