Jezioro Peten Itza, ruiny miasta Majów Tikal oraz wizyta u Rastafarian

Jezioro Peten Itza jest drugim co do wielkości jeziorem w Gwatemali, osiąga 120 km kw. I głębokość 165 m, co czyni je jednym z najgłębszych w Ameryce Środkowej. Tutaj znajduje się słynne miasto Flores, które dawniej było głównym ośrodkiem kultury Majów. Będąc  w tej części świata nie można nie odwiedzić Tikal – jednego z największych miast cywilizacji Majów.

Tikal National Park został wpisany na listę UNESCO w 1979 r. Tikal było stolicą Majów w okresie przedkolumbijskim, swoimi korzeniami sięgając IV w p.n.e. Przez wieki miasto wyludniało się aby zostać ostatecznie porzucone w X wieku. Do dziś w pełni nie wyjaśniono faktu opuszczenia przez Majów tych terenów, jedna z teorii głosi, że wyczerpali oni zasoby naturalne okolicy.

Nazwa ti ak’al. Pochodzi z języka Majów Yucatec, i znaczy „do wodopoju”. Majowie słynęli z budowy rezerwuarów wody i skomplikowanej sieci melioracyjnej. Tikal zostało odkryte w 1840 r. Na 16 km kwadratowych znajduje się ponad 3000 struktur architektonicznych, w tym świątynie, zabudowanie gospodarcze i stale, zaś Park Narodowy liczy sobie 570 km kw.nRuiny leżą wśród lasów tropikalnych w północnej Gwatemali, nieopodal miasta Flores, które stanowiły kolebkę nizinnej cywilizacji Majów. Samo miasto znajdowało się na bogatych glebach górskich, co sprzyjało rozwojowi rolnictwa. Liczebność populacji Tikal szacowano na podstawie importu soli, gdyż dieta Majów była w nią bardzo uboga  – aż 131 ton rocznie, co przeliczano na ok 45 tys. osób.

Zwiedzanie Tikal zajęło mi kilka godzin, zaś w dżungli towarzyszyły mi wyjce, tukany oraz niezliczona ilość motyli. Ruiny zrobiły na mnie olbrzymie wrażenie, gdyż nie zdawałam sobie wcześniej sprawy z ogromu imperium, które stworzyli Majowie.

Po tygodniu opuściłam ARCAS. Miałam zostać dwa tygodnie, jednak zdałam sobie sprawę z faktu, że nie nauczę się w tym miejscu więcej, niż dotychczas wiedziałam o ochronie dzikich zwierząt. Obrałam więc kierunek Belize :) Na pożegnanie z lasu wyszedł maleńki lisek!

Udało mi się złapać stopa z Flores aż do granicy gwatemalsko-belizeańskiej (tak to się pisze?), a miałam szczęście jechać z lokalnym weterynarzem, przedstawicielem Pfitzera. Pogadaliśmy z Jovanym po hiszpańsku o zwierzakach, studiach, jednak rozmowa umarła, gdy zaczął pytać mnie o moje plany, a ja jeszcze nie znam czasu przyszłego w hiszpańskim ;) Przekroczyłam pieszo granicę i od razu poczułam się jak w domu… nareszcie angielski! Za granicą znowu stop i już jestem w drodze do San Ignacio, gdzie czekają na mnie moi hości z couch-surfingu.

U Iana i jego kuzynów spędziłam jedną noc w chatce na kurzej w łapce. Rano obudziły mnie dźwięki puszczy, kąpiel w rzece przyjemnie orzeźwiła. Dostałam królewskie bananowe śniadanie od chłopaków, co chwila koło mnie przelatywały kolibry. Żyć nie umierać! W dalszą drogę ruszyłam stopem po południu docierając  do Belize City, gdzie wsiadłam na pokład morskiej taksówki, która zabrała mnie na urokliwą karaibską wysepkę Ambergris Caye, gdzie czekały na mnie kolejne przygody…

Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s