Lekarz weterynarii w oczach pracodawcy

Lekarz weterynarii w oczach pracodawcy

W niniejszym artykule odniosę się do wybranych uwag naszego kolegi po fachu (właściciela lecznicy), który skomentował mój wcześniejszy tekst pt. „Lekarz weterynarii poszukiwany! – o zarobkach i ukrytych oczekiwaniach pracodawcy” i po kolei postaram się zaadresować wybrane tematy. Każda z tez wymaga większego komentarza i nadania jej stosownego kontekstu. Czy uda nam się pogodzić interes pracodawcy i pracownika? Na tym zależy mi najbardziej.

„Lekarze w Polsce po studiach niestety nie mają żadnych kwalifikacji do samodzielnego leczenia”

Zgadzam się, jest to, jak już wcześniej powiedziałam, spowodowane tokiem nauczania i doświadczeniami podczas praktyk, a także zanikająca sztuką logicznego myślenia. Moje pokolenie (nazwijmy Y), a także pokolenie młodsze (tzw. Z) oczekuje od starszego pokolenia (czyli X) relacji uczeń-mistrz. Niestety w  wielu przypadkach chcą drogi na skróty, czyli podania gotowych odpowiedzi i wiedzy na tacy. Zanika sztuka logiki i analizy, konstruowania procesu diagnostycznego. Należy też wspomnieć, że co ok. 4 lata następuje ogólne podwojenie ilości wiedzy i informacji, co też tyczy się medycyny weterynaryjnej. Nie sposób teraz wiedzieć wszystkiego, tak jak jeszcze miało to miejsce na początku lat 90., kiedy standardem była lewatywa, deksametazon i pen-strep; i jakoś to będzie! Starsi frustrują się roszczeniową postawą młodych, bo im samym było bardzo ciężko i nie mieli się od kogo uczyć, musieli kombinować i eksperymentować. Młodzi zaś nie chcą tego robić – wolą podpatrzeć mistrza i pod jego opieką coś wykonać (na co niestety nie zawsze mają szansę). Pokolenie X zapomina też o tym, że Y to generacja ich dzieci. Zauważam tu swoisty paradoks, w którym X potrafią wspierać i traktować ulgowo swoje dzieci, a pracowników Y (w wieku swoich dzieci) już nie. Odnoszą się do nich w sposób paternalistyczny i wolą ich wyręczyć, bo sami zrobią to szybciej i bez zbędnego gadania. I błędne koło się zamyka. Co za tym idzie? Dochodzi do bardzo silnego konfliktu pomiędzy starszym, a młodszym pokoleniem lekarzy weterynarii. Niestety, przyczyniło się do tego właśnie pokolenie X, chcąc dla nas – młodych jak najlepiej. To ono zaharowywało się  w Polsce po transformacji i pamięta ciężkie czasy komuny. Dzięki m.in. zmieniającemu się modelowi wychowania, postępowi technologicznemu i braku czasu dla swoich dzieci (gdyż głównie X-y spędzały swoje życie w pracy) mamy też dzisiaj do czynienia z narcystycznymi absolwentami. Mają oni wysokie oczekiwania i zawyżone mniemanie o sobie, gdyż całe życie rodzice im powtarzali, że są wyjątkowi i na wiele zasługują. Tak naprawdę są po prostu tak zwyczajni, jak wszyscy inni. Niestety taki absolwent w zderzeniu z ostrą krytyką, załamuje się totalnie, bo jest labilny emocjonalnie i wydelikacony, zaś jego działania są podszyte lękiem przed odrzuceniem. Część szefów jest przepracowanych, wypalonych zawodowo i cynicznych. Nie przebierają oni w słowach, zwracając się do swoich pracowników, sfrustrowani ich niewiedzą i podejściem. Warto też wspomnieć, że niektórzy to tzw. typy psychopatyczne.

„Pracownik wielokrotnie nie generuje odpowiedniego zysku”

Nie generuje, bo też często nie wie od swojego szefa ile musi wygenerować, żeby starczyło na jego pensję. Warto mu podać realną kwotę, żeby zadziałała na jego wyobraźnię. Po 1-3 miesiącach należy wykonać ewaluację i podliczyć, ile pracownik wygenerował, a jeśli nie udało się osiągnąć oczekiwanego wyniku – to zastanowić się wspólnie dlaczego. Tutaj pomaga ręcznie przeanalizowanie 20 wybranych wizyt. Pracownik nie generuje też zysku, bo nikt mu nie pokazał jak wycenić usługę. Nie generuje, bo wykonuje ze tanie usługi. Nie generuje zysku, bo ma za dobre serce, jak sporo kochających zwierzęta lekarek, które widząc panią emerytkę ze schorowanym kotem często nie policzy jej za usługę, albo policzy mniej, bo jest nam po prostu jej szkoda. Mamy tendencje do zaniżania cen naszych usług w strachu przed tym, co powie polski klient. Nasza praca to biznes, ale i życiowa misja. Niestety o tym pierwszym często zapominają klienci, oczekując od nas pracy za darmo, próbując przerzucić odpowiedzialność na nas, gdy oczekujemy za nasze usługi zapłaty. Ludzie się awanturują, wyzywają nas od złodziei, próbują wpędzić nas w poczucie winy, są w szoku, że tak drogo. Często nie dostali wcześniej różnych propozycji cenowych i diagnostycznych, żeby móc wybrać optymalną opcję – temu poświęcę jeszcze osobny tekst w przyszłości. Pracownik nie wygeneruje też odpowiedniego zysku przy ogólnie niskich cenach usług profilaktycznych, nieuczciwej konkurencji i dumpingu cenowym, który drąży naszą profesję jak rak. Ale o tym też więcej kiedy indziej.

Ważną kwestią do poruszenia jest też fakt, że siłą firmy są jej pracownicy, a nie sam szef. Jeśli firma nie może sobie poradzić pod nieobecność szefa i przejąć jego obowiązków, to bardzo niedobrze. Tak silne ograniczenie obowiązków pracowników i odsunięcie ich od pieniędzy (czyli np. drogich zabiegów i ich know-how) służy podkreślaniu niezawodności szefa, bez którego po prostu lecznica sobie nie poradzi. Zdarza się właścicielom lecznic zapominać, że to cały zespół pracuje na niego i stąd wydaje mu się, że to on w firmie zarabia najwięcej, robiąc właśnie drogie zabiegi chirurgiczne. Posłużę się przykładem. Jeden właściciel lecznicy, pochwalił się, że „tylko on sam zarobił 70 tys. dla lecznicy w zeszłym miesiącu”. Zastanówmy się nad tym i przyjrzyjmy od następującej strony. Chirurg ortopeda wykonuje drogie zabiegi np. TPLO, TTA, hemilaminektomię. Każdy wart kilka tysięcy złotych. W istocie w ciagu 30 dni może zrobić dla firmy kilkudziesięciotysięczny obrót. Ale czy to nie jest spore nadużycie? Wielu szefów zwykło zapominać, iż fakt, że to on może najwięcej dla lecznicy zarobić, to zasługa nie tylko i przede wszystkim jego, ale całego zespołu. Przyjrzyjmy się pewnej historii…

Do przychodni weterynaryjnej przychodzi na szczepienie 9 letni labrador. Na rejestracji recepcjonistka Ola wita klienta, rejestruje i waży psa i informuje o czasie oczekiwania. Kiedy przychodzi ich pora, właściciel wchodzi do gabinetu. Dr Małgorzata szczepi psa, w badaniu klinicznym wszystko w porządku, poza kamieniem nazębnym, który zaleca usunąć (właściciel umawia wizytę stomatologiczną na za 2 tygodnie – brawo dla pani doktor za troskę o zdrowie swojego pacjenta, ale i za tzw. business-orientation, czyli generowanie przychodu dla lecznicy poprzez zlecanie badań dodatkowych i zabiegów profilaktycznych) oraz faktem, że zwierzę bardzo sztywno chodzi i ma nadwagę. Pani doktor w ortopedii się nie specjalizuje, jednak podejrzewa zwyrodnienie stawów biodrowych lub dysplazję, przepisuje leki przeciwzapalne, zaleca dietę i odpowiednią suplementację, a także dalsze badania i konsultację ze specjalistą. Tak się składa, że pies dziś nie jadł, proponuje więc badanie krwi (żeby mimo wszystko wykluczyć chorobę nerek i wątroby, zwierzę dawno nie miało badań – tutaj znowu brawo za generowanie przychodu lecznicy), na które właściciel się zgadza. Pani doktor spisuje raport z wizyty, w międzyczasie idzie poszukać szefa (chirurga), a w tym czasie do gabinetu przychodzi techniczka Karolina, pobiera krew i przygotowuje protokół do wysłania do laboratorium, zamawia kuriera po odbiór próbek i sprząta gabinet. Dr Małgorzata znajduje szefa wychodzącego z sali chirurgicznej i pyta go, czy może RTG stawów to dobry pomysł, wspólnie ustalają, że tak i na za dwa dni pies ma umówioną wizytę ortopedyczną.

Za dwa dni właściciel znów wchodzi do lecznicy, wita go uśmiechnięta recepcjonistka Ola, proponuje wodę do picia bo dziś straszny upał, miska z czystą wodą dla psa stoi koło recepcji. Właściciel wchodzi do gabinetu, dr Michał bada psa, mówi, że wyniki krwi przyszły dobre (dzień wcześniej dr Małgorzata po godzinach pracy wpisywała je do komputera, bo jak zwykle brakło czasu na dyżurze, bo miała zapisanych pacjentów do samego końca) zaleca badanie RTG w sedacji. Techniczka przygotowuje leki, dr Michał kończy raport i idzie konsultować kolejny przypadek. W międzyczasie pacjent zasypia, techniczka Karolina dogląda pacjenta, następnie wraz z drugą techniczką Marią układają pacjenta na wózek i jadą do pracowni RTG. Pozycjonują pacjenta, wykonują projekcje o które prosił szef i monitorują funkcje życiowe psa. Na kilka minut wpada szef, ocenia zdjęcie, okazuje się, ze zmiany w prawym biodrze są bardzo rozległe. Szef zaleca wybudzić zwierzaka, po południu przychodzi z powrotem właściciel. Dumnym krokiem dr Michał wchodzi do gabinetu prowadząc psa na smyczy i otwiera na ekranie zdjęcia RTG stawów biodrowych labradora. Opowiada o chorobie, o opcjach leczenia i namawia właściciela, któremu zależy na dobru swojego przyjaciela, na zabieg wszczepienia endoprotezy stawu biodrowego. Oczywiście, jest to wielki koszt dla właściciela, ale chcą walczyć razem z żoną i wyłożą wymaganą kwotę. Potem jeszcze rehabilitacja, rekonwalescencja…

W dzień zabiegu kilka dni później właściciel wchodzi do lecznicy, na wejściu psa rejestruje recepcjonistka Kasia, która nawiązuje kontakt z właścicielem, pyta go jak minął mu dzień, jak czuje się on i jego zwierzę. Właścicielowi robi się miło, że ktoś go o to pyta, rzeczywiście, ma dużo stresu w pracy ostatnio. Podpisuje przy niej zgodę na zabieg, płaci, kupuje jeszcze karmę odchudzającą dla swojego psa i wychodzi, żeby odebrać go po zabiegu, jak będzie po pracy. Dr Małgorzata odbiera pacjenta, idzie do sali przygotowawczej, bada psa i podaje sedację. Następnie jak zwierzak zasypia, techniczka Karolina zakłada wenflon i podłącza płyny dożylne i indukuje pacjenta. Dzisiaj wielki dzień studenta Adama, wysprzątał wszystkie klatki i wyrobił się z wyprowadzeniem psów ze szpitala, więc może przyglądać się zabiegowi. Pacjent jest intubowany, golony i przeniesiony do sali chirurgicznej. W międzyczasie Karol ma odpowiedzialne zadanie i monitoruje stan pacjenta po podłączeniu do aparatu do znieczulenia wziewnego. Karolina przygotowuje wszystkie narzędzia, sprzęt, stolik, szatę chirurgiczną i rękawiczki dla Michała. Wbiega Małgorzata w czepku i masce, miała jeszcze jedną wizytę; zamienia studenta Adama na stanowisku anestezjologa, ale jeśli szef go nie wyprosi, to będzie mógł stać w kącie i patrzeć. W końcu jak pacjent jest już na stole, znieczulony, ogolony i przygotowany przychodzi dr Michał (przygotowany do zabiegu, w czepku i masce). Karolina pomaga mu założyć fartuch chirurgiczny, wyjmuje na stolik sterylnie nici, ostrza skalpela, rękawiczki. Dr Michał zakłada rękawiczki i przygotowuje pole chirurgiczne. Los się dziś uśmiechnął do Adama – szef jest w dobrym nastroju i każe mu się umyć do operacji, będzie mu asystował. Wielki zaszczyt! Chwilę później obaj stoją przy stole, Małgorzata monitoruje, Karolina co chwilę przynosi kolejne potrzebne rzeczy, rozpakowuje sterylne narzędzia. Zabieg przebiega pomyślnie. Po wszystkim zmęczony szef wychodzi, ma już umówione kolejne konsultacje. Dziewczyny sprzątają, Adam pomaga. Małgorzata odłącza psa od aparatury, rozintubowuje go, podaje dodatkowe zastrzyki i wraz z techniczką idą do szpitala, gdzie zwierzak czeka na powrót właściciela. W szpitalu druga techniczka sprząta, zmywa podłogi, usuwa odchody zwierząt, napełnia miski, ścieli, sprawdza posłania, stan pacjentów. Nad zdrowiem psa podczas wybudzania czuwa dr Małgorzata, w szpitalu jest jeszcze jedna lekarka dr Anna. Szef wpisuje część ortopedyczną do raportu z operacji i zalecenia, dziewczyny kończą resztę, podsumowują koszty, sprzątają do zabiegu, myją narzędzia, pakują, wsadzają do autoklawu, wynoszą śmieci, myją salę operacyjną, itp. itd. Wieczorem/po południu technicy albo panie sprzątające uzupełniają ręczniki i mydło w gabinetach, myją stoły, podłogi, toalety, sprawdzają stan leków, domawiają leki, odkurzają itp. Właściciel znów przychodzi do lecznicy po odbiór zwierzęcia, na rejestracji uśmiechem witają go recepcjonistki, jest trochę zdenerwowany bo martwi się o swoje zwierzę, ale panie na rejestracji zapewniają go, żeby się nie martwił, że pies ma się dobrze (dostały informację zwrotną od techników). Wchodzi do gabinetu, na miejscu czeka szef lecznicy z psem. Zabieg się udał, rozmawiają, zalecenia, itp. uścisk dłoni. Właściciel: „Dziękuję, że uratował mi PAN psa!”, „Nie ma za co, to po prostu MOJA praca”. I tak właśnie dr Michał zrobił w zeszłym miesiącu dla lecznicy 70 tys. przychodu, a właściciel dalej jest utwierdzony w przekonaniu, że to wszystko zasługa pana doktora.

Jaki jest morał z tej historii? Internista generuje tzw. zysk pośredni, czyli robi całą trudną pracę u podstaw, wstępnie bada pacjenta i kieruje na dalsze badania specjalistyczne lub konsultację do szefa/chirurga, czyli podczas wizyt kontrolnych, szczepień, profilaktyki wyłapuje inne jednostki chorobowe, które można leczyć chirurgicznie – głównie onkologia, stomatologia i ortopedia. To dzięki interniście, który mądrze rozmawia z właścicielem i przekonuje go do dalszego specjalistycznego leczenia, szef lecznicy może wykonać zabieg, który przynosi lecznicy duży zysk. To, że szef może przyjść na 1-2-3 godziny zabiegu i wykonać kosztowny zabieg, a pacjent jest już przygotowany i znieczulony na stole oraz monitorowany jest jego stan – to też zasługa zespołu lekarzy, techników i personelu pomocniczego. To, że może wyjść konsultować kolejne przypadki i generować dalszy zysk dla lecznicy, a pacjent ten zostanie bezpiecznie wybudzony, jeśli będzie się bał w klatce, to ktoś z personelu będzie z nim siedział, zostanie wyprowadzony na krótki spacer, ktoś go przytuli i podrapie za uchem – to też zasługa zespołu. To, że narzędzia są czyste, sala wysprzątana, śmieci wyniesione – to też zasługa zespołu. Tym wszystkim, generujący zysk dla lecznicy ortopeda w ogóle nie musi się martwić. Co za tym dalej idzie? To cały sztab ludzi pracuje na te 70 tysięcy i przez to nadużyciem jest mówienie, że to jeden doktor tyle dla lecznicy zarobił. Za pracę tych wszystkich osób należy się gratyfikacja w postaci odpowiedniej pensji, godziwych warunków pracy i szanowania i docenienia ich, a także podkreślania na każdym kroku, że to PRACA ZESPOŁOWA. To buduje morale zespołu i to zwiększa poczucie własnej wartości pracowników. Warto podziękować im za super robotę, pochwalić (też przy właścicielu), przekazać jego słowa podziękowania. Powiedzenie właścicielowi psa „Mamy naprawdę wspaniały zespół i wszyscy ciężko pracowaliśmy, żeby pomóc panu psu. Bez nich by się to nie udało” podkreśla kompetencje wszystkich pracowników i buduje wizerunek lecznicy jako miejsca, w którym pracują kochający zwierzęta specjaliści.

A jak jest w małym gabinecie weterynaryjnym?

Właścicielu większej placówki weterynaryjnej, czy pamiętasz jak to było, kiedy prowadziłeś jednoosobowy gabinet weterynaryjny? Pewnie część z was prowadziła, a część nie, bo od razu działaliście w większych placówkach. Tutaj wielki ukłon w stronę wszystkich lekarzy weterynarii w Polsce, którzy każdego dnia robią wszystko od początku do końca sami. Oni jedni wiedzą najlepiej jak wielki jest to trud, jak bardzo trzeba być zorganizowanym i wszechstronnym. Wyobraźmy sobie kolejną hipotetyczną sytuację, gdzie Dr Michał, właściciel dużej lecznicy, specjalista ortopedii trafia nagle do jednoosobowego gabinetu weterynaryjnego w małej miejscowości. Praca pn-pt 10-20, sb 10-14. Rano sam otwiera lecznicę, następnie zaczynają dzwonić telefony, przychodzą właściciele, przyjmuje ich, przygotowuje leki, telefony się urywają, ludzie przychodzą po tabletki na odrobaczenie, po obrożę dla psów, ciągle grad pytań. Od każdego musi przyjąć płatność, jedni kartą, inni gotówką, nie ma drobnych, biegnie do spożywczego obok rozmienić. Musi zamknąć lecznicę, nie zostawi przecież właściciela w środku. Będzie za chwilę, wraca. Otwiera, wydaje resztę. Krople na pchły się skończyły. Przegląda półki, brakuje innych rzeczy, spisuje wszystko, minęła godzina, zamawia. Klienci przychodzą po kolejne drobne rzeczy. Zdarza się, że ktoś się awanturuje, czemu tak drogo, u konkurencji taniej, ludzie trzaskają drzwiami. W duchu myśli, czy podnieść cenę tabletek na odrobaczenie o 2,5 zł, czy ludzie będą narzekać, czy pójdą do konkurencji. Martwi się, znów stracił zarobek, zadzwonił pan od czarnego wilczura, że odwołuje dziś kastrację. Uff, dobrze, że w ogóle zadzwonił!

Jest jesień, ludzie przychodzą z psami, wszędzie błoto, podłoga w poczekalni cała brudna. Dr Michał biega z mopem po gabinecie i poczekalni, starł już, znowu ktoś wchodzi i cała robota na marne. Przychodzi 15, odrobina spokoju, w końcu ma czas wysterylizować kotkę, która czeka od rana na zabieg, tyle dziś było roboty! Znieczula zwierzę, goli, przygotowuje narzędzia, pole, zaczyna zabieg, zwierzę odrobinę reaguje, zdejmuje rękawiczki, dokłada znieczulenia, myje ręce, jeszcze raz zakłada rękawiczki, kończy zabieg. Podaje i wypisuje leki i zalecenia pozabiegowe. Zwierzę budzi się, zestresowane, trochę miota się po klatce, musi przy niej siedzieć, aż się uspokoi, czasem niektóre zwierzęta źle znoszą wybudzanie. Ale znów dzwonią telefony, zaraz kolejna wizyta. Już 16:30, a on przecież jeszcze nawet nie zjadł. Kawa zimna. Do wieczora kolejne wizyty, uszy, biegunki, wymioty, problemy skórne, ktoś znowu nie chce zapłacić. Pobiera krew, zamawia kuriera, wypełnia dokumenty. 19:50 wpada pani z psem potrąconym w wypadku, już miał wychodzić do domu… Robi RTG, ocenia, pozycjonuje pacjenta, bada zwierzę, złamana kończyna miedniczna, podaje leki, zakłada opatrunek ochronny do jutra. Umawia na zabieg. Pani mówi, że drogo, stara się przekonać właścicielkę, udaje się. Rachunek już w jej oczach jest olbrzymi, a tutaj kolejne kilkaset złotych za zabieg itp… Wraca do domu po 22. Nie miał już siły posprzątać wieczorem, zrobi to rano, przed pracą. I tak jeszcze musi zadzwonić do hurtowni leków, oddzwonić z wynikami krwi do jednego właściciela, paszporty się skończyły… musi podjechać do izby. Zasypia w końcu po północy z plątaniną myśli, czy napewno o niczym nie zapomniał, bo jeszcze coś miał zrobić… Ten lekarz bardzo dobrze wie, jaką wartość ma jego praca, gdyż generuje zysk od początku do końca sam bez niczyjej pomocy. Jest lekarzem, technikiem, anestezjologiem, chirurgiem, internistą, recepcjonistą, pracownikiem biurowym, sprzątaczką…

„Lekarz w Polsce przez pierwsze 3 lata po studiach ma wiedzę na poziomie technika bez umiejętności”

To często prawda, gdyż niejednokrotnie wykonuje po prostu tylko czynności techniczne i ginie (jak to jeden z kolegów pięknie nazwał) „w internistycznej próżni szczepień i gruczołów”. Ma też taką wiedzę, ponieważ nie stać go/lub się nie kształci dodatkowo, nie uzupełnia swojej wiedzy, bądź nie ma szansy zrobić więcej. Temat nauki na studiach zostawmy na kiedy indziej. Znów nawiążę też do indywidualnych cech osobowości i faktu, że części absolwentów po prostu nie zależy i myślą, że wszystko samo się zrobi. Bardzo trudne jest też spojrzenie sobie prosto w lustrze w oczy i powiedzenie – czuję, że się nie nadaję do tej pracy. Niejednokrotnie jednak też szefowie po prostu nie pozwalają swoim lekarzom robić więcej, bądź faworyzują jedną osobę, operują za zamkniętymi drzwiami i nie pozwalają nikomu wejść do środka. Słyszałam też od znajomych, że niektórzy specjaliści pobierają opłaty rzędu 150-300 zł za dzień patrzenia na to co robią. Tak proszę państwa. Patrzenia, jak ktoś operuje przy stole, albo przyjmuje pacjentów. Nie mówimy tutaj o uczeniu operowania, bądź specjalistycznych badań. Coś takiego w lecznicach na świecie nie ma miejsca. Jedzie się w dane miejsce na bezpłatny visiting, gdzie trzeba się dostać na podstawie referencji, ale nikomu nie przyjdzie na myśl, żeby kogoś za to liczyć. Wyjątkiem oczywiście mogą być szpitale uczelniane, gdzie studenci płacą bardzo wysokie czesne i osoby wizytujące z zewnątrz po prostu podlegają podobnej opłacie. Kilka lat temu Prof. Stanley Marks zaprosił mnie na visiting do UC Davis, jednak ze względów finansowych (wtedy było to 500 USD/tydzień za studenta lub 1000 USD/tydzień za lekarza) po prostu nie mogłam sobie na to pozwolić. Profesor powiedział mi, że to sami studenci (sic!) wymusili na władzach uczelni wprowadzenie opłat, argumentując, że oni płacą za pobyt i naukę w szpitalu uczelnianym i dlaczego ktoś, kto przyjeżdża zza granicy na dokładnie to samo, nie płaci i „zabiera im” pacjentów oraz szansę na naukę od specjalistów. Stąd wprowadzono opłaty odpowiadające tym, które ponoszą tamtejsi studenci. Znam jednak polskich lekarzy, którzy jeździli na tę uczelnię płacąc i mogli wtedy skorzystać z doświadczenia i wiedzy wybitnych amerykańskich specjalistów. Innym przykładem jest Klinika Jaggy Praha, która po mojej wizycie i opisie praktyk na moim starym studenckim blogu w 2011 roku przeżyła prawdziwe oblężenie studentów z Polski. Wprowadzili oni miesięczną opłatę 400 EUR/os., jednak kwota ta obejmuje zakwaterowanie. Generalnie na świecie przyjmuje się, że specjalista zarabia dodatkowo na kursach, wykładach i szkoleniach. Nikt nigdy ode mnie nie chciał pieniędzy za żadne pobyty w placówkach weterynaryjnych. Zatem jak zarabiający 1800-3000 zł internista ma sobie pozwolić na tydzień patrzenia na specjalistę, od którego będzie mógł się czegoś nauczyć tylko patrząc? Uczyć się można robiąc. Najlepiej pod okiem wyrozumiałego mentora. Jak internista ma się nauczyć punkcji klatki piersiowej, jamy brzusznej, cewnikowania pacjenta, opatrzenia rany, wszycia sączka, jeśli często jego szef chirurg po prostu nie daje mu tego zrobić? A nierzadko boi się on też po prostu zapytać.

„Lekarze wielokrotnie sami nie wiedzą po studiach czym chcą się zająć zawodowo”

Również nie mogę się nie zgodzić. Generalnie ludzie nie wiedzą co by chcieli w życiu robić. Nie wiedzą w jakim kierunku się rozwijać, nie mają na siebie pomysłu, brak im odwagi, czują się stłamszeni. Wiele osób ma niskie poczucie własnej wartości, atmosfera w pracy, a także nastawienie części kolegów tego nie poprawia. Nie wiedzą, czym chcą się zająć, bo nikt ich nie zainspirował, nie mają kogo podpatrzeć. Zastanówmy się jak jest z przywództwem, szczególnie kobiecym (ang. women leadership) na naszej rodzimej scenie weterynaryjnej. Młodzi lekarze nie mają kogo naśladować, nie wiedzą jak dotrzeć do swoich autorytetów, którzy pozostają niedostępni (bądź chcą pieniędzy za pobyt u siebie w lecznicy). Tylko nieliczni udzielają się bezpłatnie na grupach, forach dla lekarzy weterynarii lub w innych mediach społecznościowych, chcąc dzielić się swoją wiedzą i budować swój autorytet w danej dziedzinie. Większość z nich niestety nie korzysta z social media, które są dzisiaj głównym środkiem przekazu.

W ciągu ostatnich 6 lat dostałam prawie 700 wiadomości i maili z podziękowaniami za inspirację, wskazanie drogi, pomoc, dobre słowo, nakierowanie na życiową ścieżkę. Dlaczego Ci wszyscy ludzie zwracają się do mnie? Bo ich wysłucham, doradzę i pokażę, że można inaczej. W zamian za to zdarza się, że wracają do mnie komentarze starszych kolegów, że „ta Strokowska to zachłyśnięta zagranicą”, bądź inne niepochlebne słowa, które przekazują mi znajomi ze środowiska (na szczęście pojedyncze). Kiedyś byłoby mi bardzo przykro, teraz jestem dumna z tego, że pomagam innym. To jest prawdziwy motor do działania. A w sumie kto miałby pokazać, jak tam jest (jeśli wiemy dobrze, że jest lepiej), jak nie ktoś kto tam był i pracował. Nie chcę narzekać, że nic nie możemy zmienić na lepsze, chcę drobnymi krokami pokazywać ciekawe rozwiązania, moje doświadczenia, prawdziwe przykłady, a także wiedzę którą zdobyłam za granicą. Przestałam liczyć, ale ponad 150 lekarzy dzięki naszemu kursowi angielskiego zmieniło swoje życie i uwierzyło w siebie. Wyjechali na wymarzone staże, praktyki, zaczęli pracę za granicą. I to jest dla mnie najważniejsze. Nie stawiam się w roli kogoś, kto jest lepszy od innych, ale kogoś, kto chce, żeby inni też mieli szansę być lepsi. I żeby uwierzyli w siebie, w możliwość zmiany i poprawy naszego wizerunku w oczach klientów. Sami państwo wiecie też najlepiej, jak wielką pracą, poświęceniem, wyrzeczeniami i energią okupiony jest sukces. I proszę mi wierzyć – przeszłam trudną drogę pracy w różnych lecznicach w Polsce, dostając pensję w kopercie, albo dniówki z szuflady, będąc mobbingowana, nie mając nigdy umowy, zostając zwolniona z jednej pracy SMS-em. Zostawiłam na rok weterynarię, żeby postawić wszystko na jedną kartę i rozkręcić własny biznes. Opłaciło się! Ale o tym w kolejnym artykule 🙂

„W wielu lecznicach w Polsce pracownik potrafi okradać pracodawcę: szczepienia po domach itp.”

To wszystko też prawda. Nie bez powodu krążą o nas na świecie opowieści, że Polacy to naród złodziei. Ludzie kombinują, cwaniakują, kradną. Tak samo jak przekłada się na ogół społeczeństwa, będzie przekładać się na naszą profesję. Dlaczego ludzie kradną? Bo są biedni albo chciwi albo bo lubią. To że większość lekarzy weterynarii kiepsko zarabia, tłumaczyłoby jeden z motywów. To, że część osób ma problem z przestrzeganiem kodeksu etyki lekarza weterynarii – to osobna kwestia. Dopóki nie będzie dotkliwych kar, zbiorowej solidarności w tępieniu tego typu zachowań, zgłaszania do odpowiednich organów podobnych sytuacji – dopóty złodzieje będą czuli się bezkarni, tak samo jak lekarze nieprzestrzegający kodeksu etyki. Nie tak dawno czytałam na jednym z  naszych forów o pani doktor, która okradła pracodawcę. Jedyne, co pozostaje zrobić, to zgłosić sprawę na policję i czekać. Niestety nie ma też poszanowania dla własności publicznej w Polsce, czego najlepszym przykładem jest wyrzucanie przez wiele osób gruzu i śmieci w lesie. W lecznicach wielu lekarzy nie szanuje sprzętu, nie sprząta po sobie (licząc że przecież technik to zrobi lub pani sprzątająca), nie liczy się często z kosztami materiałów pośrednich, bo to przecież nie jego. Szefie – zrób zespołowi kalkulację i pokaż ile więcej musisz zapłacić, jak pracownik będzie używać sześciu gazików na raz, zamiast dwóch; że nie trzeba 5 papierowych ręczniczków do wytarcia stołu, ale jednego-dwóch. Jeśli twój technik zużywa po 2-3 wenflony na każdego pacjenta, a każdy jest wart kilka złotych – poświęć mu odpowiednio dużo czasu na naukę i ćwiczenie, żeby pod twoją opieką dopracował tę technikę do perfekcji. I nie mówię tu oczywiście o tych wyjątkowych jamnikach, bassetach i trudnych kocich pacjentach, gdzie czasem dopiero udaje się za czwartym razem. Warto wprowadzić wskazówki korzystania ze sprzętu, guidelines book lecznicy wraz z konsekwencjami niestosowania się do nich. Poinformuj pracowników jak używać sprzętu i jak dbać o niego i licz na ich zrozumienie. Pokaż im własnymi rękami jak i czym umyć stół, jak segregować śmieci, jak wykonać badanie krwi i dbać o sprzęt do jego wykonania. Jeśli pracownik kradnie, niszczy sprzęt, nie dba o swoje stanowisko pracy – porozmawiaj z nim, choć może to być bardzo trudna rozmowa. Jeśli miał takie wzorce w rodzinie i przesiąkł tym, nie ma co liczyć, że nagle się zmieni. Jeśli jednak się poprawił, chwal! Może nikt mu nie pokazał, że można inaczej?

Są też pracownicy, którzy stanowią zagrożenie dla ludzi i zwierząt i po prostu się do tej pracy nie nadają. Są tacy, którzy skłamią, że coś umieją, a praktyka pokazuje inaczej (kiepscy chirurdzy nie umiejący wykonać poprawnie zabiegu (klasykiem są pozostawione jajniki lub częściowo usunięte guzy), lekarze podający amoksycylinę z kwasem klawulonowym królikom, iwermektynę żółwiom, niszczący mikroskopy i udający że to nie oni, podający sterydy przy byle okazji, z braku wiedzy i pomysłu jak leczyć pacjenta, tłuczący fiolki z drogimi lekami (tutaj mam super patent – można lek zawinąć w vet-tape i napisać nazwę leku na nim, jak spadnie na posadzkę, to się nie stłucze), robiący krzywdę pacjentowi swoim brakiem wiedzy i brawurą. Przed tym wszystkim chronią nas referencje od poprzedniego pracodawcy, a najlepiej z przynajmniej 2-3 źródeł potwierdzających kompetencje kandydata. W tym pomaga też skills matrix (pisałam o nim w poprzednim artykule i rozwinęłam temat w komentarzu pod nim) i spokojna, nieoskrażająca rozmowa z pracownikiem (tzw. no-blame policy), jak złapiemy go na błędzie.

„pracownicy maja wielkie wymagania finansowe, ale kiedy proponuje się np. nadgodziny to nie są chętni do pracy”

Miałam kursantów na angielskim, którzy mówili, że owszem, zarabiają ok. 5000 zł na rękę (szef opłaca ZUS) i więcej, ale jak biorą soboty i nadgodziny. Stawka jest stała 25 zł/h na fakturę i oni mogą zarabiać więcej. Ale jak się to podzieli to wychodzi 200 godzin, czyli przynajmniej 5 ekstra dni pracy w miesiącu. I są wycieńczeni, przemęczeni, mało śpią i nie mają kiedy widzieć swoich dzieci.

Co do wymagań finansowych, a także frustracji zarobkami, wyczerpałam ten temat już wyżej i we wcześniejszym tekście. Zapraszam też do przeczytania wywiadu, którego udzieliłam dla portalu weterynarianews.pl pt. „Weterynaria outside of the box„. Pracownik po 8 godzinach pracy umysłowej i fizycznej ma prawo nie mieć siły i ochoty na kolejne godziny tak samo wymagającej umysłowo i fizycznie pracy. Osobiście dążę do tego, żeby pracować mniej i zarabiać więcej, zatem wybieram w tym momencie tylko kontrakty, które zapewnią mi jak najlepszy komfort, stawkę i poszanowanie mojej pracy i czasu wolnego. Jeśli decyduję się na dyżur nocny, stawka jest 30% wyższa, niż za mój dyżur dzienny. Zatem czuję, że moja praca ma prawdziwą wartość i mój pracodawca docenia, że będę poświęcać noc, którą mogłabym poświęcić na spokojny sen, imprezę ze znajomymi lub spędzenie czasu z rodziną. Dużo ostatnio rozmawiam z innymi lekarzami, których spotykam na kontraktach locum i zgodnie wszyscy przyznają, że decydują się na nie właśnie dlatego, że mają elastyczność, wolność, lepsze stawki oraz czas i pieniądze na swoje pasje i poznawanie świata. Niektórzy nadal jednak żyją kultem pracy i są pracoholikami i niestety tego samego oczekują od swoich podwładnych nie rozumiejąc, że oni po prostu wolą mieć czas wolny i porobić nic (lub spędzić czas z rodziną, dziećmi, partnerem; wyspać się, pojechać na wycieczkę, pójść do kina, poczytać książkę, pójść na siłownię, zadbać o siebie itp…) I mają do tego święte prawo i musimy to uszanować. Świadomie wybrałam i uporządkowałam swoje życie tak, aby w roku nie pracować więcej jako lekarz weterynarii niż 4-5 miesięcy, a resztę czasu robić coś innego i dywersyfikować swój dochód. To pozwala mi na zachowanie work-life integration, zdrowego dystansu psychicznego do pracy, a także nieprzeciążenia obowiązkami. Praca lekarzy weterynarii jest ciężka, trudna, wyczerpująca psychicznie i niejednokrotnie kiepsko opłacana. Nie bez powodu coraz więcej lekarzy opuszcza profesję, zaś jeden z ostatnich raportów Royal College of Veterinary Surgeons zawierał informację, że średni czas trwania kariery weterynaryjnej w UK to 10-12 lat. I koniec. Po prostu ludzie mają już dość i nie mogą pogodzić obowiązków zawodowych z życiem rodzinnym i wypalają się zawodowo.

Na konferencji Vets: Stay, Go, Diversify w Londynie w kwietniu tego roku, Chris Tuffnell, Senior Vice-President RCVS powiedział, że: „jednym z najważniejszych czynników wypalenia u lekarzy i źródłem przewlekłego stresu jest brak snu ze względu na nadgodziny i nocne dyżury”. Wiem po sobie – po 3 tygodniach pracy po 6 dni w tygodniu 10h dziennie (miewałam takie kontrakty), mam już ochotę tylko leżeć i spać, nie mam siły nawet nic przeczytać. I przeklinam w duchu te nadgodziny i nie mam siły kolejnego dnia wstawać na dyżur. Jednak potem myślę o końcu i godziwej pensji, którą dostanę za moją ciężką pracę i wynagradza mi to cały trud. Dodatkowo fakt, że za te pieniądze mogę pojechać na wymarzone wakacje lub zapłacić 2500 euro za kolejny kurs ESAVS sprawiają, że czuję, że zrobiłam dobrą robotę, a moja praca ma odpowiednią wartość. Dzięki zarobionym pieniądzom nabywam komfort życia, a także dostęp do upragnionej edukacji, która w rozwoju zawodowym jest dla mnie najważniejsza. A to właśnie dostęp do edukacji otwiera horyzonty myślowe i pozwala na korzystanie z nowych możliwości. W kraju, w którym edukacja weterynaryjna jest bezpłatna, zmuszeni jesteśmy i tak kontynuować naukę na płatnych studiach podyplomowych, szkoleniach i kursach, które dają nam specjalistyczną wiedzę. A to kosztuje. Człowiek biedny/mało zarabiający nie ma dostępu do specjalistycznej edukacji. I błędne koło się zamyka.

Kilka słów na zakończenie

Jest jeszcze wiele tematów, które wkrótce poruszę, lecz nie sposób je wszystkie zawrzeć w jednym tekście. O dobrego pracownika jest bardzo trudno i jeszcze trudniej go u siebie utrzymać. Myślę, że teraz już trochę lepiej możemy wyobrazić sobie to, czego oczekuje i tak samo jasno postawić nasze oczekiwania korzystając z moich wskazówek. Wiadomo, że zdarza się, że możemy ściągnąć do siebie nieodpowiednią osobę (ale jest to wtedy najczęściej wina błędów w naszej rekrutacji – na której nie musimy się znać, bo też nas nikt nigdy tego w szkole nie uczył), zdarzy się też, że ktoś może nas po prostu okłamać – przed tym się nie ochronimy. Wiadomo jednak, co w takiej sytuacji zrobić i nie ma dłużej przeciągać sprawy dla dobra obu stron. Fakt, że dajemy ludziom pracę, nie oznacza, że robimy im łaskę. Kupujemy ich czas i powinniśmy za niego płacić oraz dać narzędzia pracownikom do kształcenia i podnoszenia kwalifikacji.  Wynika z nich w dalszej mierze – rozwój osobisty, satysfakcja zawodowa i zwiększenie zysku lecznicy, czyli to, co zostaje dla nas. Otwarcie lecznicy weterynaryjnej to decyzja biznesowa, która ma na celu zarabianie większych pieniędzy i co za tym idzie – lepszego komfortu życia. To, że w Polsce lecznicę może otworzyć każdy, w większości ludzie niemający żadnego wykształcenia biznesowego – to osobny temat. Część osób skarży się, że nie ma na ten temat prawie nic na studiach. Bo od tego są osobne studia – managerskie, MBA, marketingowe. Studia weterynaryjne przygotowują do bycia lekarzem weterynarii, a nie bycia właścicielem lecznicy! W Wielkiej Brytanii, żeby być kierownikiem większej placówki jednym z wymogów są ukończone studia MBA. Wtedy rzeczywiście jest pewność, że kierownik/manager umie zarządzać zespołem, placówką, jest zorientowany na efekty, potrafi poprowadzić biznes.

Bez uświadomienia pracownikowi gigantycznych kosztów przedsięwzięcia, jakim było postawienie przez nas lecznicy i wszystkimi kosztami z tym związanymi – wybudowania/wynajmu/remontu i przystosowania lokalu, leasingów, kosztów pośrednich, utylizacji, mediów, księgowości, obsługi prawnej, marketingu, leków, materiałów jednorazowych, kosztów pracowniczych itp. itd. – może on nigdy nie zdawać sobie sprawy z naszej odpowiedzialności i zobowiązań. Boisz się, że twoi pracownicy dowiedzą się ile zarabiasz? Przecież i tak już się domyślają, widzą przecież obrót i zyski z oprogramowania lecznicy. To, czego nie wiedzą, to właśnie jak wielkie masz zobowiązania i jaka ciąży na tobie odpowiedzialność. Może czas po prostu ich uświadomić, to im miny zrzedną. Nie każdy lekarz weterynarii musi też prowadzić własny gabinet, gdyż może pracować u kogoś innego, kto na części biznesowej zna się o wiele lepiej. Istotne jest jednak, aby mógł normalnie zarabiać, rozwijać się i nie mieć powodów do odejścia.

Jeśli jednak zostaje Ci kilkanaście-kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie, a twój internista zarabia 1800 zł na umowę o pracę albo chirurg 3000 zł na B2B, to jesteś wyzyskiwaczem. Tak samo, jak chwalisz się swoim pracownikom i pozwalasz im posiedzieć w swoim nowym SUVie z kratką w bagażniku mówiąc im, że go nie potrzebujesz, ale musiałeś odpisać podatek (prawdziwa historia). A wyzyskiwaczy w naszym kraju jest tak dużo, jak złodziei.

Autor: lek. wet. Natalia Strokowska

1Komentarz
  • Wero
    Opublikowano o 15:16h, 30 sierpnia Odpowiedz

    Sama prawda. Jestem młodym lekarzem, skończyłam 4 lata temu studia, od 1 roku na studiach chodziłam na tzw wolontariaty. Uczyłam się podstawowych praktycznych umiejętności, z czasem coraz trudniejszych, niestety nie wszędzie było mi dane nawet popatrzec. W jednym znanym szpitalu byłam zawsze wypraszana z sali operacyjnej na spacery z pacjentami. Zawsze w trakcie operacji, po krótkim czasie podziękowalam za taki wolontariat, bo niczego nikt nie chciał mi pokazać, nauczyć, dać zrobić a potem tylko gadali że my studenci niczego nie umiemy. Po studiach niewiele lepiej, zależy gdzie trafisz. Raz trafiłam źle, bo niestety tam kobieta nie mogła być chirurgiem, chociaż bardzo chciałam nauczyć się podstawowych zabiegów, zostawałam po godzinach aby pomóc. Ale przez wiele miesięcy mogłam właściwie tylko zakładać wenflony i zszyć skórę. Zmieniłam pracę bo obiecano że chętnie naucza zabiegów, a tu guzik prawda. Mogłam tylko patrzeć, ale kiedy w końcu już nie zarabiałam 10zl/h w nocy i 14zl/h w dzień tylko trochę więcej jeździłam za darmo do schronisk by się uczyć. Nie wszyscy są rozszczeniowi, leniwi i bez umiejętności. Jeśli chodzi o mój rocznik topowiem ze tych leniwych studentów to może było kilka, większość pracowała za darmo w lecznicach, niektórzy szczęściarze mieli stawkę technika, inni nadal za darmo przychodzili, uczyli się, pomagali. Uważam że te zarzuty do młodych lekarzy są bardzo naciągane.

Napisz komentarz